poniedziałek, 11 grudnia 2017

Rozmowy rozgrzewające serce




Autor: Katarzyna Sidorowicz
Tytuł: Rozmowy z dziadkiem Tadkiem
Wydawnictwo: Zielony Groszek
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 114
Gatunek: literatura dziecięca 






Z twórczością Sidorowicz pierwszy raz miałam do czynienia kilka miesięcy temu za sprawą opowieści „O myszce Badylarce”. Wówczas autorka ujęła mnie swoją umiejętnością operowania słowem i wrażliwością. Nie jestem ekspertem od literatury dziecięcej i potomstwa wciąż nie posiadam. Nie znaczy to jednak, że nie mam czasami ochoty powrócić do dzieciństwa, cofnąć się w czasie, powspominać. A jeśli jest to możliwe dzięki utworom skierowanym do młodszych czytelników, to czemu miałabym z tego nie skorzystać?





„Rozmowy z dziadkiem Tadkiem” to zbiór krótkich opowiastek, które czyta się bardzo przyjemnie, po części za sprawą pierwszoosobowej narracji prowadzonej przez ośmioletniego Stasia. Chłopczyk wspomina kilka rozmów z dziadkiem, przypomina słowne potyczki, przytacza wesołe anegdotki wynikające z językowych błędów. To piękne i pouczające połączenie dziecięcej dociekliwości z życiową dojrzałością, ukazujące, jak wspaniale mogą się te dwa światy uzupełniać.








I Stasia i dziadka Tadka poznawałam z wielką ciekawością i uśmiechem na twarzy. Autorka kolejny raz umożliwiła mi chwilowy powrót do lat dzieciństwa, sprawiając, że przypomniałam sobie, że i w moim życiu dziadkowie odgrywali i wciąż odgrywają niezwykle ważne role i zajmują istotne miejsce. Ciepłe wspomnienia, upajające uroki wspomnień momentami pokrywane były warstwą melancholii i nostalgii za czasami, które już nie wrócą. Sidorowicz nie próbuje w żaden sposób umoralniać czy pouczać, z pewnością jednak skłania swoim tekstem do refleksji.





To niezwykłe, że tak krótka forma może w człowieku wywołać wiele emocji i sprawdzić się zarówno w przypadku młodszych, jak i starszych czytelników. „Rozmowy z dziadkiem Tadkiem” to utwór, który pokochają dzieci i docenią rodzice. Bardzo chciałabym mieć go komu przeczytać, bo z jednej strony przyjemnie byłoby do niego wrócić, a drugiej takie wspólne przeżywanie teksu musi sprawiać wiele frajdy.










Bardzo polubiłam książeczkowych bohaterów, zarówno tych pierwszoplanowych, jak i tych, którym przyznano miejsce w tle. Sidorowicz wyczarowała krąg postaci sympatycznych, zabawnych, uroczych. A między kolejnymi zabawnymi anegdotkami udało jej się znaleźć miejsce na przesłanie i morał, a także garść nieco cięższych tematów przekazanych w stosunkowo lekkim wydaniu.




Opowieści Stasia czyta się szybko i lekko. Nieco zaskoczyło mnie, że autorka uczyniła chłopca narratorem, ale pomysł ten świetnie się sprawdził, nadając historyjkom dziecięcego charakteru, subtelności, uroku i magii, a także nieco realizmu. To opowieści chłopczyka, który poznaje świat podążając za swoim mądrym dziadkiem- opowieści ujmujące i pełne ciepła.








Pewne jest, że Sidorowicz potrafi tworzyć piękne historie dla dzieci, a wyobraźnia idzie u niej w parze z dopracowanym stylem i odpowiednią narracją. A magia tych historii podkreślona została bajkowymi ilustracjami. Brawo. 

Za możliwość poznania Stasia i dziadka Tadka dziękuję Autorce.

niedziela, 10 grudnia 2017

Właśnie się spełniają sny




Autor: Paula McLain
Tytuł: Okrążyć słońce
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 432
Gatunek: literatura współczesna 








Mała Beryl wraz z ojcem zamieszkuje farmę w Kenii. To tam poznaje smak wolności, głód pragnień, zaznaje pierwszej miłości i zaczyna rozumieć, że najbardziej w życiu liczy się bycie sobą i niespoglądanie wstecz.

Minęło wiele miesięcy od momentu, kiedy kupiłam „Okrążyć słońce” do chwili, kiedy po tę powieść sięgnęłam. Miałam na nią wielki apetyt, mój entuzjazm gasł jednak w obliczu nieprzychylnych recenzji i ocen. Czy warto było czekać?


Największą wartością tej książki bez wątpienia jest dla mnie wykorzystanie faktów. Bardzo cenię historie czerpiące z prawdziwego życia i opowiadające o ludziach, którzy naprawdę żyli. W tym przypadku nie może dziwić, że autorka wykorzystała ten temat, wiąże się z nim w końcu wielki potencjał. Interesujące czasy, intrygujące postacie, niesamowite miejsca- te elementy składają się na treść niebanalną i dokładnie taką otrzymujemy poświęcając czas tej powieści.


Za sprawą fabuły autorka cofa się do początków XX wieku i opowiada o wydarzeniach w tym czasie zaskakujących, a raczej szokujących. To lata, kiedy nie wyobrażano sobie rzeczy, jakie dzisiaj są dla nas normalnością, jak np. związków między ludźmi o różnym kolorze skóry. To czasy, kiedy społeczeństwo szokowały odważne kobiety, a moralność niewiele miała faktycznie wspólnego z zasadami, choć wciąż starano się utrzymywać, że to rzecz niezwykle cenna. Co więcej, to przecież rozwój technologii. I te elementy zawarte na kartach powieści intrygują, budzą ciekawość, zatrzymują przy lekturze. Mnie zmagnetyzowały.


I ta dzika Afryka. Niesamowite zwierzęta. Gorący klimat. Powiew egzotyki. Nie bez znaczenia było dla mnie, że powieściowe wydarzenia odbywały się w takim miejscu, wskazując z jednej strony wady i niedostatki tego miejsca, a z drugiej jego bogactwa i zalety. Autorka zabiera nas do dusznej Kenii, pokazując zachodzące tam zmiany, pozwala byśmy zostali uczestnikami tych wydarzeń.





W tej powieści nie podążamy za akcją na złamanie karku. Fabuła nie zaskakuje gwałtownymi zwrotami. Nie. W moim odczuciu jest dość spokojnie. A jednak pokonywałam kolejne rozdziały z wielką, nieposkromioną ciekawością. Poczułam ten klimat i naprawdę mnie on urzekł. Czytałam powoli, ale cierpliwie. Dawkowałam sobie tę opowieść niespiesznie, nie mając jednak do McLain żalu o ten książkowy spokój. Mam wrażenie, ze to jedna z tych powieści, w której satysfakcję czerpiemy z każdego elementu, doceniając atmosferę, tło wydarzeń, bohaterów oraz umiejętność przedstawienia historii i zachodzących w niej zmian.



Perełką w tej opowieści okazała się dla mnie główna bohaterka- Beryl Markham. Kobieta odważna, zdeterminowana, nieprzejmująca się krytyką innych i niebiorąca sobie ich zdania do serca. Beryl po prostu była inna. Podążała za marzeniami, realizowała pragnienia, nie spoglądała wstecz i godziła się z porażkami. I wciąż chciała więcej. Głód życia i pasja, z jaką żyła okazały się godne pozazdroszczenia.




Cieszę się, że autorka zdecydowała się opisać tę historię, szczególnie, że wykorzystała do tego celu pierwszoosobową narrację, dzięki której odnosimy wrażenie, jakbyśmy czytali dziennik pisany przez główną bohaterkę. Barwny, szczery, życiowy. Dla mnie ta lektura okazała się niezwykle trafiona, zupełnie się w niej zagubiłam. 

środa, 6 grudnia 2017

Kochana Mamusiu...




Autor: Tarryn Fisher
Tytuł: Bad mommy
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 320
Gatunek: thriller 








Gdy do domu w sąsiedztwie wprowadza się Fig, życie Dariusa i Jolene zmienia się na zawsze. Początkowa sympatia szybko zmienia się w obsesję. Nie wiadomo jednak, kto jest obiektem westchnień i zazdrości Fig…

Kilka miesięcy temu przeczytałam „Margo”. Jej historia okazała się na tyle intrygująca, że zapragnęłam poznać inne tytuły, które wyszły spod pióra autorki. Kolejnym punktem na mojej liście była „Bad mommy”. Zapowiadała się wspaniale- mrocznie i klimatycznie. Tylko czy rzeczywiście tę powieść można podsumować w ten sposób?

Tym, co zawsze zwraca moją uwagę w powieści i zawsze zasługuje u mnie na wielki plus, niezależnie od pozostałych elementów, jest pierwszoosobowa narracja. Bardzo się cieszę, że Fisher zdecydowała się opowiedzieć nam o złej mamie w taki sposób, pozwalając nam lepiej zrozumieć postępowanie i motywy głównej bohaterki. Tym, co ucieszyło mnie jeszcze bardziej, jest zaangażowanie w opowieść pozostałych postaci. Szybko bowiem okazuje się, że nie tylko Fig ma cos do powiedzenia i nie tylko jej sylwetka zasługuje na uwagę.


Fisher stworzyła interesujących, wielowymiarowych bohaterów. Mrocznych, doświadczonych, na życiowych zakrętach. Każdemu z nich przypisała zestaw intrygujących, często przeciwstawnych cech. Podobnie jak w „Margo”, tak i w tym przypadku nic nie jest czarne lub białe, natomiast szarości łatwo doszukiwać się w każdym zakamarku i na każdej płaszczyźnie. Powieściowych bohaterów ciężko bowiem jednoznacznie ocenić, szczególnie, gdy przekonujemy się, jak wiele asów chowają w rękawie i jak dużo ułomności skrzętnie maskują. Te wywrotowe charaktery wiele razy mnie zaskoczyły, szczególnie na późniejszym etapie.

Autorka stworzyła przyjemnie mroczną i urokliwie klimatyczną atmosferę, na którą składają się zwroty akcji i zmienne decyzje bohaterów. Szczerze powiem, że na początku nie mogłam wczuć się w tę opowieść i choć czytało mi się bardzo dobrze, zastanawiałam się, co niby powinno wywołać u mnie rumieńce i emocje. Cierpliwie jednak czekałam, aż dotarłam do drugiej części, w mojej opinii znacznie lepszej, mocniejszej i zaskakującej, stanowiącej główny zwrot w tej historii i zmieniającej nasze spojrzenie na całą opowieść.

Fisher zbudowała swoja historię umiejętnie łącząc elementy thrillera i powieści obyczajowej. Dylematy jej bohaterów nie są szczególnie wymyślne, ale sposób ich przedstawienia sprawia, że nie trącą ono banałem. Podczas lektury wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że książkowe postacie na każdym kroku zmagają się z przeszłością, a błędne decyzje, przeszkody losu, niesprawiedliwie porażki wywołują w nich najgorsze instynkty i sprawiają, że na powierzchnię wypełza złość, ból, chęć zemsty.



„Bad mommy” została napisana lekkim stylem i prostym językiem. Kolejne strony pochłania się w błyskawicznym tempie, a przeskoki od jednego rozdziału do drugiego następują niemal niezauważalnie.  Czyta się bardzo dobrze, z wielkim oczekiwaniem na kolejne niespodzianki od autorki.

W moim odczuciu powieści tej dość daleko jest do bestsellera, a jednak ciekawie pokazuje, w jaki sposób bohaterzy się zmieniają, stanowi dobrą rozrywkę i skłania do myślenia. Nie mogę powiedzieć, by poświęcony jej czas był stracony, choć „Margo” to nie jest…

Recenzja powstała we współpracy z portalem czytampierwszy.pl.



poniedziałek, 4 grudnia 2017

Nerdem być, po swojemu żyć




Autor: Francesca Zappia
Tytuł: Eliza i jej potwory
Wydawnictwo: Feeria Young
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 400
Gatunek: literatura młodzieżowa 







Eliza ma swój świat. Niestety głównie wirtualny. To tam realizuje pasje i oddaje się marzeniom. Tymczasem pewnego dnia dopada ją rzeczywistość, a wszystkie znaki wskazują, że pora zejść na ziemię.

Po „Elizę…” sięgnęłam wiedziona ciekawością, pamiętając, jak pozytywne uczucia wywołała we mnie poprzednia książka autorki. Bardzo lubię młodzieżówki, zawsze jednak próbuję doszukać się w nich czegoś więcej niż miłostek łączących głównych bohaterów. Tym razem zwróciłam uwagę przede wszystkim na sylwetkę głównej bohaterki, która wydała mi się intrygująca i niebanalna.

Eliza jest wycofana i niepewna siebie, a przynajmniej taka wydaje się w prawdziwym świecie. Trzyma się na dystans, nie ma prawdziwych przyjaciół, często pada obiektem drwin i zaczepek. Nie lubi szkoły, nie czuję się doceniana w domu. Za to w Internecie jest królową. Tworzy popularny komiks, posiada wiernych fanów. To miejsce pozwala jej uciec, tam się spełnia. Bardzo podoba mi się, w jaki sposób autorka wykreowała swą postać. Dziewczyna wydaje się dokładnie wpisywać w realia dzisiejszych czasów. Towarzyszące jej odczucia budzą w czytelniku emocje, odwołują się do naszych doświadczeń, bazują na wspomnieniach. Łatwo się z nią utożsamić.

„Prawda to najgorszy z potworów, bo nigdy na dobre nie znika”.

Mogłoby się wydawać, że w świecie rzeczywistym odnajduje się coraz mniej ludzi, a Internet całkowicie zawładnął naszym umysłem, duszą, marzeniami. Nie potrzebujemy czuć bliskości, a obecność innych dla wielu z nas również staje się zbędna. Cieszę się, że autorka zwróciła w swej powieści uwagę na ten problem. Bo nie można się oszukiwać- ten problem naprawdę istnieje. Lubię tematy ważne, dające do myślenia, skłaniające do refleksji i ukazujące pewne rzeczy w innym świetle. Tutaj pod pozorem prostej opowieści dla młodzieży autorce udało się przemycić wiele istotnych treści.

Wallace pojawiający się u boku Elizy również zdobył moją sympatię. I od razu mam ochotę podkreślić, że to nie jest kolejna historia o nastoletniej miłości. Choć watek ten oczywiście pojawić się musi, to nie odczułam jednak, by autorka koniecznie chciała umieścić go na pierwszym planie. Pomiędzy bohaterami poczułam raczej sojusz, wspólne pasje, podobne problemy. I towarzyszące im obojgu demony. Zappia bardzo postarała się, by powieściowe postacie nie pozostawiły czytelnika obojętnym. Nawet, gdy ich problemy brzmią dla nas obco, to jednak potrafimy choć po części je zrozumieć, wyobrazić sobie, na czym polegają i co do nich prowadzi.

„Ale ja nie chcę przyjaźnić się z ludźmi, którzy z góry decydują, że nie zasługuję na życie, bo jestem zbyt cudaczna”.

To, co podoba mi się najbardziej, to sposób, w jaki autorka połączyła rozrywkę z morałem. Jej opowieść jest lekka, płynie szybko, pozwala oderwać się od codzienności, ale oprócz typowo rozrywkowego charakteru niesie ze sobą również przesłanie. Zwraca uwagę na rzeczy ważne i ważniejsze, uczy. Zwraca się w stronę znanych tematów, ale w jej wykonaniu nie są one tak ograne i banalne, jak to często bywa. Mnie takie wydanie się podoba.

Jak można było się spodziewać, powieść napisano bardzo lekko. Styl autorki jest swobodny, nie wymaga przesadnego myślenia, a słownictwo nie jest wyszukane. Zostajemy zaproszeni do świata nastolatki i ten świat zostaje utrwalony na powieściowych stronach. Nic dodać, nic ująć.

„Eliza i jej potwory” to powieść, która podobała mi się bardziej od jej poprzedniczki. Mocniej uderzył we mnie główny temat, a i bohaterzy wydali mi się ciekawsi.  


Za przesłanie powieści do recenzji dziękuję 

sobota, 2 grudnia 2017

Ameryka z banków strony




Autor: Marek Wałkuski
Tytuł: To jest napad!
Wydawnictwo: Editio
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 336
Gatunek: literatura faktu 







Uwielbiam oglądać filmy, których akcja skupia się wokół napadów na bank. Towarzyszące temu emocje, intrygujące plany, niespodziewane zwroty akcji- te elementy mocno oddziałują na moją wyobraźnię. Nigdy jednak nie pomyślałam, że o napadach mogłabym poczytać. Aż do momentu, kiedy otrzymałam możliwość poznania książki „To jest napad!”.


Zabierając się za lekturę tej powieści nie do końca zdawałam sobie sprawę na co się piszę. Bo chyba tak naprawdę nie mogłam być świadoma, że w moje ręce trafi powieść tak dopracowana i przemyślana, w której każdy element ma swoje miejsce, a każdy rozdział składa się na intrygującą i fascynującą całość. Tymczasem Wałkuski zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie.





Lojalnie uprzedzę, że tej powieści nie czyta się szybko, a przynajmniej tak było w moim przypadku. Mnogość szczegółów, wątki historyczne, tematy „uzupełniające”- to wszystko sprawia, że przeczytanie książki zajęło mi więcej czasu niż przewidywałam. Nie znaczy to bynajmniej, że czyta się źle albo że mam do autora żal. Wręcz przeciwnie. Stopniowałam sobie emocje, poświęciłam więcej uwagi kwestiom rzeczywiście mnie interesującym, skupiłam się nie gnając na złamanie karku, a także dłużej mogłam cieszyć się lekturą.

Wałkuski stworzył książkę zupełnie inną na tle każdego dnia wydawanych nowości. To frapujący reportaż, który całkiem wiernie oddaje klimat kina akcji, a momentami przypomina książki o podłożu historycznym. To kawałek historii przedstawiony z zupełnie zaskakującej strony, opowieść o światowym mocarstwie poprowadzona wokół tematów, które mogą być dla czytelnika zaskoczeniem, a jednak składają się przecież na istotny fragment rozwoju tego kraju.


Autor podzielił powieść na kilka części. Obecność niektórych z nich, jak np. fragmenty dotyczące amerykańskiej waluty i jej rozwoju, okazała się dla mnie dużą niespodzianką, a jednak po zakończenie lektury byłam zdziwiona, w jaki sposób te tematy połączył, jak ładnie to wszystko zagrało. A przyznać muszę, że mimo wszystko nie spodziewałam się takiej dociekliwości i takiego przygotowania.




Napady na amerykańskie banki dzięki Wałkuskiemu możemy poznać z różnych perspektyw. Autor opowiada nie tylko o ciekawszych i bardziej znanych napaściach. On także przedstawia motywację rabusiów, wnika w ich psychikę oraz pokazuje ich jako ludzi z krwi i kości. W tej książce ciężko doszukać się jedynie wyrachowanych, brutalnych czy złych bohaterów. Niektórzy działali w słusznej sprawie i choć niekoniecznie obrali dobrą drogę, to jednak naprawdę kierowały nimi ważne względy.

Wałkuski oferuje nam ciekawą mieszankę. Najważniejsze napady, najbardziej znani rabusie, najciekawsze porażki- to tylko kilka elementów. Oprócz nich czytelnik może liczyć na krótki poradnik dla rabusia, szereg ciekawostek, trochę technologii, a także sporo interesujących zdjęć i rysunków.




Autor pisze bardzo ciekawie, widać, że nie zdecydował się na ten temat przypadkowo. Jego styl jest lekki, miejscami humorystyczny. Czyta się dobrze, przy okazji poznając Amerykę z nieco innej strony.









Jak już kilkakrotnie wspomniałam, jestem pod dużym wrażeniem tej lektury. Bardzo lubię reportaże, ale chyba jeszcze nigdy nie trafiłam na temat tak oryginalny i pomysłowy. Świetna robota, Panie Marku!  

Za możliwość poznania reportażu dziękuję Wydawnictwu Editio.

piątek, 1 grudnia 2017

Garść inspiracji




Autor: Hope Jahren
Tytuł: Lab girl
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 432
Gatunek: autobiografia 







Już jako mała dziewczynka uwielbiała spędzać czas w laboratorium i marzyła o karierze naukowca. Jej pragnienia okupione zostały łzami i poświęceniem, ale każdy sukces utwierdzał ją w przekonaniu, że to życie wybrała i to właśnie tą ścieżką chce podążać. Dziś jest szczęśliwa i zajmuje się tym, co kocha.

Po biografie i autobiografie sięgam dość rzadko, jednak historia Hope Jahren wydała mi się na tyle intrygująca, że koniecznie chciałam ją poznać. Wspaniale czyta się o silnych, odważnych i zdeterminowanych kobietach, które nie boją się walczyć o swoje marzenia. A ona jest jedną z nich.

Na początku miałam problem, by poczuć książkowy klimat. Choć czytało mi się dobrze, to jednak lektura nieco się dłużyła. Myślę, że w dużym stopniu miał na to wpływ naukowy charakter tej książki. Hope pisze w sposób ciekawy, chętnie wszystko tłumaczy i zaprasza czytelnika do swojego świata, wciąż jednak pozostajemy w obrębie tematów dość trudnych dla osób z tymi dziedzinami wiedzy niemającymi nic wspólnego. Kolejne rozdziały przekonały mnie natomiast, że warto w tę opowieść się zaangażować, poświęcić jej czas, że zasługuje ona na uwagę i skupienie czytelnika.

„Lab girl” to spojrzenie Jahren na własne życie. Historia wielu lat walki o realizację pragnień. Opowieść o wzlotach i upadkach. A także mieszanka niezwykłych emocji i często wykluczających się wzajemnie uczuć. Zagłębiałam się w nią z wielkim apetytem i niegasnącą fascynacją. Autorka prosto i dobitnie daje nam do zrozumienia, że w życiu nic nie ma za darmo, ale ciężką pracą i determinacją można dotrzeć na szczyt i osiągnąć cel. Moja ciekawość rosła z każdą stroną, a przez głowę przelatywało wiele pytań. Jak potoczą się jej losy? Co jeszcze spotka ją, zanim spełni marzenia? Czy los przestanie rzucać kłody pod nogi?


Najbardziej podoba mi się u Jahren jej szczerość. Widać, że dla niej nie istnieje takie słowo jak tabu. Chętnie i prawdomównie opowiada o szczegółach kompromitujących, bolesnych porażkach, rzeczach smutnych i elementach mogących budzić u czytelnika wstręt. A jednak to wszystko składało się na jej codzienność i jej walkę. Bez wątpienia ta książka nie tylko zaciekawi, ona może także zmotywować, popchnąć do działania.




Choć pochodzimy z dwóch różnych światów, z wielką przyjemnością poznałabym Hope. Dawno nie czytałam o tak dzielnej i niewzruszonej osobie, a co dopiero mówić tu o kobiecie. Im głębiej poznawałam ją za sprawą tej lektury, tym większą darzyłam sympatią. Razem z nią się uśmiechałam i czułam jej nostalgię. Ta opowieść sprawia, że czytelnikowi łatwo utożsamić się z jej bohaterką. Z jednej strony dlatego, że budzi wiele ciepłych emocji, z drugiej ponieważ potrafi sprawiać, że inaczej patrzymy na siebie. Wierzymy, że nam również może się udać.



Mimo że Jahren opowiada o świecie nauki, to jej historia opowiedziana została w sposób dość lekki. Autorka pisze swobodnie, lekko operuje słowem. Stara się dotrzeć do czytelnika w łatwy i przyjemny sposób tłumacząc mu nawet najprostsze rzeczy. Świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że my się na tym nie znamy, a jej pasja i miłość stanowią dla nas zagadkę.





Fantastycznie, że to również opowieść o ludziach. Błędach, ludzkich słabościach, ale także tym, co najpiękniejsze. Budzących się stopniowo relacjach, rozwijających przyjaźniach, oddaniu i szacunku. I to najbardziej mnie w niej urzekło.

„Lab girl” to książka, w której każdy, bez wyjątku, może znaleźć coś dla siebie. Piękna, poruszająca, głęboka i inspirująca.

Za przesłanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

czwartek, 30 listopada 2017

LISTOPAD NA ZDJĘCIACH

Listopad upłynął mi niezwykle szybko. Krótkie dni i długie wieczory sprzyjały pochłanianiu kolejnych książek. A i lektury trafiły mi się zacne :)



A jaki był Wasz listopad?