czwartek, 11 stycznia 2018

A.J.Finn "Kobieta w oknie" [recenzja przedpremierowa]




Autor: A.J.Finn
Tytuł: Kobieta w oknie
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 416
Gatunek: thriller psychologiczny







Życie Anny skończyło się wiele miesięcy temu. Straciła szczęście rodzinne, posypała się jej kariera, wyjście z domu okazało się wysiłkiem ponad siły. Dziś jedynie obserwuje z ukrycia sąsiadów, za dużo pije, zbyt wiele czasu spędza w Internecie. I widzi coś, czego nie powinna nigdy zobaczyć. Tylko czy rzeczywiście to zobaczyła?

Finn wprowadza nas w swoją opowieść interesująco, choć niespiesznie. Zaprasza do świata Anny, jednak robi to z pewnym dystansem. Stopniowo pozwala nam poznać bohaterkę, poobserwować jej codzienność, zrozumieć mechanizmy rządzące jej światem. Snuje historie w swoim tempie, nie szokuje tajemnicami, zwrotami akcji, nie przygotowała wielu niespodzianek- a przynajmniej nie w pierwszej części książki. Tę zdecydowanie poświęciła zarysowaniu swej postaci, bo śmiało można rzec, że „Kobieta w oknie” to taki teatr jednego bohatera. Na naszych oczach Anna się zmienia, przechodzi przez różne stany emocjonalne, pada i się podnosi. Czy ostatecznie zwycięży?

Nie mogę powiedzieć, bym czuła się oszukana, bo z powieściowego opisu jawnie wynika, że choć książka zapowiada się mocno i mrocznie, jej akcja, przynajmniej początkowo, będzie spokojna. Dawno nie spotkałam się z powieścią, w której tyle miejsca zostało poświęcone na przedstawienie postaci. Czy mam o to do autorki żal? Nie, choć na początku nie doceniłam tego faktu, a lektura nieco mi się dłużyła. Poznałam natomiast Annę. Wiele razy zastanawiałam się, kim ona rzeczywiście jest. Albo raczej jaka jest. Z pewnością to bohaterka, wobec której nie można pozostać obojętnym. Pozytywna czy negatywna? Ciężko powiedzieć. Osobowość Anny jest dużo bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Co ciekawe, to nie jedyny aspekt powieści, który jasno podkreśla, że świat wykreowany przez Finn nie jest taki oczywisty, jak można by pomyśleć. Zwyczajnie nie można dopatrywać się w nim jednoznaczności. Autorka wiele ukrywa między wersami, całą złożoność tematu kryje w prostocie historii. Wydaje się, że akcja biegnie wolno, a może nawet wyhamowuje, tymczasem z tym spokoju jest metoda, a w jasnym komunikacie zawarte zostało więcej niż można było się spodziewać. Niezwykłe okazało się dla mnie to, co przeoczyłam czytając pospiesznie, w oczekiwaniu na rozwój wypadków. Tak bardzo spieszyłam do zwrotów akcji, że nie zauważyłam, co działo się pod moim nosem. Finn oferuje nam wielką subtelność, której niekoniecznie się spodziewamy. W tym spokoju kryje emocje, zwraca się w stronę psychologii postaci. Z wielką gracją daje nam pstryczka w nos.

Zagłębiając się w lekturę, oczekujemy, kiedy coś się wydarzy, bo wiemy, że coś musi nastąpić. Czytamy szybko, niecierpliwie, nie doceniając tego, co otrzymujemy od autorki. I nagle sytuacja zmienia się całkowicie. Wszystko, co wydawało się oczywiste, przestaje takim być. Fabuła zaczyna zaskakiwać ukazanymi przemilczeniami, drobiazgami, na które nie zwróciliśmy uwagi, zwrotami akcji, a w końcu dramatycznym finałem. To napięcie charakterystyczne dla thrillerów poczułam dopiero w drugiej części książki. Dopiero w drugiej części tak naprawdę zrozumiałam, jak istotna była w tym kontekście ta część pierwsza- tak przeze mnie niedoceniona. Poczułam się szczerze zaskoczona tym odkryciem. Nie zdawałam sobie sprawy… że tak mi się podobało.

Tak, jak wspomniałam, Finn pisze spokojnie, niespiesznie, zdaje się tym delektować, a może zwyczajnie wie, że dzięki temu zaskoczy nas w najmniej oczekiwanym momencie, jeszcze mocniej. Nie próbuje niczego udowodnić, nie zaskakuje brutalnością czy scenami przesadnie mrocznymi. Wszystko wydaje się opierać na psychice oraz zachodzących w niej zmianach. Czy to dobrze? Myślę, że tak.

Nie jest łatwo pisać o tej książce. I wydaje mi się, że wcale nie jest łatwo ją docenić. Ma jednak wiele uroku, potrafi sprawić, że spojrzymy na pewne sprawy inaczej, zawahamy się. A to szalenie istotne. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B. 

środa, 10 stycznia 2018

Ludzka niezłomność




Autor: Zbigniew Graczyk
Tytuł: Wózkiem przez świat
Wydawnictwo: Ridero
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 296
Gatunek: autobiografia, literatura podróżnicza 






„Wózkiem przez świat” to opowieść o ludzkiej sile, determinacji i niezłomności. To połączenie autobiografii z książką podróżniczą, okraszone głębokimi wątkami motywacyjnymi. To powieść, w której każdy znajdzie coś dla siebie, szczególnie, że jej autor, Zbigniew Graczyk, to postać, od której wiele moglibyśmy się nauczyć.

Graczyk od małego zmaga się z niepełnosprawnością. Choć ogranicza go ona pod wieloma względami, nie złamała jednak jego hartu ducha, a może nawet wręcz przeciwnie? Mężczyzna podróżuje, spełnia się zawodowo i prywatnie, ma plany na przyszłość i wie, że jeszcze wiele przed nim.

O odwiedzonych krajach opowiada ciekawie, nie szczędząc nam szczegółów i ciekawostek. Pod tym względem książka przypomina nieco poradnik, w którym znajdziemy wskazówki dotyczące tanich sposobów podróżowania i poruszania się w konkretnych miejscach, hoteli i moteli, jakie warto wybrać oraz cennych atrakcji turystycznych, również mniej znanych. Niektóre spośród informacji zawartych w książce szczerze mnie zaskoczyły. Nie spodziewałam się na przykład, że istnieją biura podróży przeznaczone dla osób niepełnosprawnych i miejsca gdzie takie osoby rzeczywiście mają swój azyl, jak choćby Teneryfa, a tam hotele przystosowane dla osób z różnymi ograniczeniami czy mieszkania przygotowane specjalnie z myślą o niepełnosprawnych.

Prowadząc swoją historię Graczyk porównuje te miejsca z Polską, a ich mieszkańców z rodakami. Za granicą o wiele łatwiej o tolerancję, ludzie chorzy są szanowani, przygotowuje się dla nich odpowiednie przestrzenie. A w Polsce? Wciąż nie wygląda to najlepiej. Przypomniało mi to wydarzenia z mojej własnej przeszłości, krzywe spojrzenia, którymi obdarzali mnie przechodnie, kiedy wyszłam na spacer z moją niepełnosprawną przyjaciółką. Cóż.

Graczyk opowiada o swoich ułomnościach, bardzo szczerze i prostolinijnie, nie powołuje się na żadne tabu, nie tworzy sobie w tych opowieściach granic. Bez wątpienia trzeba się przy tym wykazać odwagą, by tak bezpośrednio mówić o problemach ciała- zanikach mięśni, brakach możliwości poruszania, konieczności wykorzystywania ludzkiej pomocy. Potrzebne jest mu duże wsparcie na co dzień, a co dopiero na dłuższy i dalszy wyjazd. Dla nas to zwykłe wakacje, dla niego prawdziwa eskapada. A jednak to robi. Można? Można.

„Jestem zwykłym chłopakiem z sąsiedztwa, który zawsze miał pod górkę, a mimo to ciągle jest na samym szczycie. Szczycie swoich możliwości”.

Mężczyzna chętnie opowiada o swojej codzienności i powraca do przeszłości. Niektóre fragmenty zaskakują, choćby opowieść o próbowaniu narkotyków. Co ciekawe, chętnie porównuje się on do ludzi zdrowych i to u nich dostrzega problemy i ułomności, jak na przykład fakt, że nie potrafią się cieszyć tym, co mają, nie dostrzegają, jak wiele dostali od losu. A on dostał niewiele, ale do wszystkiego doszedł ciężką pracą. Dziś prowadzi swój kanał na youtube, gdzie publikuje relacje z wypraw, współpracuje z polonijnym internetowym radiem, publikuje artykuły w czasopismach podróżniczych. I wie, że jeszcze wiele przed nim.

Graczyk sprawia wrażenie osoby zadowolonej z życia, podkreśla, że nie ma do nikogo żalu, cieszy się z tego, co ma. Postęp choroby przełożył się na jej akceptację. W książce pojawiają się jego zdjęcia na wózku, nie wstydzi się swojego wyglądu i swoich problemów zdrowotnych. Jest sobą. I to mu wystarczy.

„Im trudniejszą pokonuję drogę, tym osiągam większą satysfakcję”.

Autor posługuje się prostym językiem, można by odnieść wrażenie, że opowiada coś znajomym. Dzięki temu książkę czyta się lekko i szybko.

Moim zdaniem to wartościowa lektura, której warto poświęcić trochę wolnego czasu. Zobaczyć świat oczami Graczyka. A i samego Graczyka warto lepiej poznać. 

Recenzja powstała w wyniku współpracy z portalem czytampierwszy.pl.

Sarah Pinborough "13 minut" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Sarah Pinborough
Tytuł: 13 minut
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 424
Gatunek: thriller/ literatura młodzieżowa 







Natasha przeżyła śmierć kliniczną. Przez 13 minut jej ciało przykrywała lodowata woda, niewiele brakowało by rzeka pochłonęła ją całkowicie. Dziewczyna nie pamięta niczego sprzed wypadku. Tylko czy rzeczywiście to był wypadek?

Pinborough zbudowała swoją opowieść w oparciu o świat młodzieży, jednak książkowym bohaterkom daleko jest do zwyczajnych nastolatek. Zaskakujące manipulacje, rażące kłamstwa, szokujące sekrety- to tylko część ich codzienności. Przebiegłość, determinacja w dążeniu do celu, chęć zemsty i potrzeba dominacji sprawiają, że podczas czytania czujemy się, jakbyśmy trafili w sam środek socjopatycznego zamieszania. Bardzo lubię takie klimaty, książki o tematyce młodzieżowej dalekie od romansów i motyli w brzuchu. Bardziej angażujące, mocniej zaskakujące, pozwalające spojrzeć na młodych ludzi innym okiem. Dostrzec goszczący w ich sercu mrok i spaczoną dojrzałość. Pod tym względem wybór tej powieści okazał się strzałem w dziesiątkę.

Bohaterki Pinborough wymykają się stereotypom, choć lepiej byłoby powiedzieć, że wymykają się młodości. Te szesnastolatki potrafią zrobić więcej zamieszania niż niejeden dorosły. W codziennych wyborach opierają się na intrygach, przebiegle knują, nie liczą się z uczuciami innych, stawiając swój cel ponad wszelkie świętości. Autorka z wielką precyzją stworzyła zaskakująco silne, charyzmatyczne i wyraziste osobowości, dla których życie przypomina teatr a poszczególne wydarzenia odgrywają one niczym swoje życiowe role. Im lepiej je poznajemy, tym większe wrażenie robi na nas złożoność ich charakterów, cechy będące dotychczas w ukryciu, zmienność  i konieczność udowodnienia czegoś światu. Spodobały mi się ze względu na umiłowanie zła i mroku. Lubię takie postacie i to właśnie dla nich w dużej mierze tak chętnie wracam do thrillerów.

Sięgając po „13” minut liczyłam na mocny thriller, być może nieco złagodzony poprzez zbudowanie akcji wokół nastolatek. I w tym miejscu również się nie zawiodłam, choć miałam trochę wątpliwości, o czym napiszę nieco dalej. Pinborough zaoferowała nam przemyślaną i dobrze napisaną historię. Choć jej początki nie wywołują u nas dreszczy, to jednak przyjemnie jest zagłębić się w ten niejasny świat. Na akcję książki składają się sekrety, niedomówienia, niejasności. Elementy te sprawiają, że mamy ochotę mocniej zaangażować się w lekturę, popychają nas do przodu od jednego rozdziału do kolejnego. Wiele rzeczy wydaje się oczywistych, a jednak w głębi serca liczymy na to, że coś się zmieni, coś się wydarzy. I to chyba te uczucia najlepiej budują napięcie, które szczególnie nastraja w drugiej części powieści.

„13 minut” to książka, która mnie zaskoczyła. Czytało mi się dobrze i szybko, a jednak satysfakcja z lektury przed długi czas nie była taka, jakiej mogłabym się spodziewać. Wydawało mi się, że akcja powieści krąży wokół utartych schematów, dąży do wyjaśnienia sekretów, które niczym nie zaskoczą, całość wydawała mi się oczywista i dość przewidywalna. Choć sprawnie napisana, to jednak całkiem banalna. Tymczasem w drugiej części książki autorka przekierowuje akcję na zupełnie inny tor, sprawia, że zaczynamy wątpić w to, co wydawało nam się oczywiste, zmieniamy zdanie odnośnie bohaterów, szukamy nieścisłości, drążymy dalej w tych pozornie przewidywalnych wydarzeniach. Pojawia się więcej sekretów, bohaterki okazują się jeszcze gorszymi ludźmi, skala zawiązanego spisku rzeczywiście zaskakuje. A połączenie thrillera z cięższą literaturą młodzieżową okazuje się świetnym wyborem.

Pinborough stworzyła powieść, którą dobrze się czyta i miło wspomina. Być może można by upchnąć w niej nieco więcej napięcia, trochę więcej sekretów. Być może nie okaże się ona zaskakująca i nie podbije serca miłośników gatunku. Moim zdaniem jednak to dobra opcja na długie i chłodne wieczory, pozwalająca trochę wykorzystać wyobraźnię, dając ponieść się fantazji. A przede wszystkim to świetna rozrywka. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka. 

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Magdalena Majcher "Wszystkie pory uczuć. Zima" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Magdalena Majcher
Tytuł: Wszystkie pory uczuć. Zima
Wydawnictwo: Pascal
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 368
Gatunek: literatura współczesna







Róża poświęciła swoje życie dla dobra siostry. Latami dzieliły sekret dotyczący sylwestrowej nocy, która zakończyła się tragicznie dla przyjaciółki kobiety. Róża nigdy nie dowiedziała się, co dokładnie się wówczas wydarzyło. Bo nigdy nie zadała odpowiednich pytań. Czy po latach nabierze odwagi, by rozliczyć się z przeszłością i najbliższymi?


Z Magdaleną Majcher spotkałam się już kilkakrotnie, za sprawą jej twórczości, którą ciężko opisać jest jednym słowem. Obyczajowa? Kobieca? Społeczna? Tematyka powieści świetnie wpisuje się w każde z tych określeń, za każdym razem wywołując u czytelnika nastrój zadumy, mnogość refleksji i konieczność postawienia się w sytuacji bohaterów. Możliwość poznania najnowszego tytułu wzbudziła moją ciekawość i niecierpliwość. Jakie emocje autorka wywołała we mnie tym razem?


Przyznam szczerze, że choć od początku czytało mi się świetnie, to nie od początku poczułam klimat tej historii. Nie potrafiłam utożsamić się ze starszą bohaterką, której życiowe wybory i decyzje skazały ją na długie życie w samotności. Mimo że jeszcze nie znałam rodzinnych tajemnic pętających jej serce, to i tak nie umiałam zrozumieć, jak ktoś może tak po prostu zrezygnować z siebie. Czytałam szybko, a jednak trochę tak bez serca. Do czasu, kiedy Majcher zaoferowała mi niezwykła podróż w przeszłość.

Bardzo lubię historie opowiedziane poprzez połączenie przeszłości z teraźniejszością. Przenikanie się dwóch czasowych perspektyw zawsze sprawia, że czyta mi się lepiej, fabuła mocniej mnie intryguje, a całość sprawia, że faktycznie mam chęć w tę opowieść się zaangażować. W tym przypadku autorka wykorzystała bardzo ciekawy zabieg- bieżące wydarzenia zastąpiła na pewien czas opowieścią sprzed lat, by na koniec znowu powrócić do teraźniejszości. Taki manewr zupełnie mnie oczarował. To dzięki niemu bardziej doceniłam najnowszą książkę Majcher i zrozumiałam wybory Róży.

Warto dodać, że ta wycieczka do przeszłości udała się autorce wybornie. Z wielkim zaangażowaniem, odpowiednią dozą ciekawości i charakterystyczna wnikliwością zabrała nas w podróż szlakiem PRL-u. Choć temat ten wydaje mi się interesujący, nie jest to mimo wszystko kwestia, której chciałabym poświęcić maksimum swojej uwagi. Dlatego też podoba mi się, jak zrobiła to Majcher- intrygując tematem, ale nie zamęczając mnogością informacji i szczegółów, wskazując na najważniejsze elementy kojarzące się z tamtym czasem, a jednak nie zagłębiając się w tę tematykę przesadnie. Balansując w taki sposób znajduje złoty środek w tym, co może zaoferować poszczególnym pokoleniom.

Jak już wspomniałam, opowieści Majcher są bardzo kobiece- opowiadające o kobietach i do nich przede wszystkim skierowane. Co ciekawe jednak tym razem autorka w dużej mierze skupiła się na tematach uniwersalnych. Na kwestiach, które mogą wzruszyć i roztopić damskie serca, a jednak nie muszą dotyczyć wyłącznie płci pięknej. Uwielbiam sekrety w każdej formie, a hasło „rodzinne tajemnice” z miejsca pobudza moją wyobraźnię. Obietnica, że takowych doczekam się w książce sprawiła, że kolejne strony pokonywałam szybko i niecierpliwie. I muszę przyznać, że tymi powieściowymi sekretami czuję się usatysfakcjonowana. Z pewnością warto było czekać.

Majcher pisze lekko. Sprawnie radzi sobie z opisem miejsc, świetnie układa dialogi. Historie opowiada z wyczuciem, subtelnie, zwinnie prowadzi nas od jednego rozdziału do następnego. Sprawia, że czerpiemy autentyczną przyjemność z lektury, mamy ochotę rozsiąść się wygodnie w fotelu i zagościć w świecie jej bohaterów.

To nie jest książka, w której akcja biegnie na złamanie karku. Nie szokuje nas również na każdym kroku. Ale zaskakuje, skłania do refleksji, wymaga zajęcia stanowiska wobec wyborów poszczególnych postaci. Moim zdaniem to świetny wybór- na długi zimowy wieczór, na prezent dla mamy, na chwilę relaksu. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce.

niedziela, 7 stycznia 2018

Śledztwo w młodzieżowym wydaniu




Autor: John Green
Tytuł: Żółwie aż do końca
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 312
Gatunek: literatura młodzieżowa 







Nastoletnia Aza zmaga się z chorobą psychiczną, tęsknotą za ojcem i przyjaciółką żyjącą Gwiezdnymi Wojnami. Pomoc w poszukiwaniach zaginionego miliardera pozwala jej na chwilę powrócić do przeszłości i spojrzeć inaczej na swoje życie. 

John Green urzekł mnie swą powieścią "Gwiazd naszych wina", którą śmiało mogę określić jedną z moich ulubionych książek. Miałam również okazję przeczytać "Papierowe miasta", niestety trochę mnie one rozczarowały. Z tym większą niecierpliwością sięgałam po najnowszy tytuł autora, zastanawiając się, jakie uczucia wzbudzi we mnie tym razem. I chyba wciąż nie jestem do końca pewna, na którą stronę tym razem przechyla się poprzeczka. 

Tym, do czego po prostu muszę się przyczepić, jest opis książki, w moim przekonaniu dość nietrafiony. Nie chciałabym zbyt wiele zdradzić, jednak określenie, że Aza prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia miliardera jest bardzo na wyrost. Mam o to trochę żal do wydawcy, bo zwyczajnie nastawiłam się, że wątek ten będzie bardziej rozwinięty, może nawet pierwszoplanowy, a tak zdecydowanie nie jest. Moje rozczarowanie złagodził na szczęście fakt, że fabuła zbudowana została wokół całkiem interesujących kwestii.

Green ma bogatą wyobraźnię, świetnie czuje się w młodzieżowym klimacie i potrafi przelewać swoje myśli na papier. Mimo to, na początku miałam problem, by zaangażować się w tę opowieść. Ciężko było mi polubić bohaterów, a akcja wydawała mi się zbyt wolna. Skupienie i cierpliwość wynagrodziła mi dalsza część powieści- również dość spokojna, a jednak bardziej emocjonalna i pozwalająca lepiej poznać książkowych bohaterów. 


Lubię powieści dla młodzieży, zawsze jednak wyszukuję tytuły oferujące nieco więcej niż banalne romanse. I w tej książce się tego doszukałam. Przekonałam się już, że dla Greena nie ma tematów tabu. Lubi pisać poważnie, zaaferować czytelnika, skłonić do refleksji, zmusić do postawienia się na miejscu jego bohaterów. Tym razem nie mogło być inaczej. Autor z wielkim wyczuciem, dużą wyrozumiałością dla młodości i sporą dawką empatii łączy ze sobą tematy w sposób dość zaskakujący, osią dla fabuły ustanawiając psychiczną chorobę głównej bohaterki. Motyw ten sprawia, że pozostałe wątki zaczynają wydawać się głębsze i ciekawsze, uchwycono je bowiem z nieco innej, świeższej perspektywy. 

Bohaterzy książki zostali zarysowani bardzo wyraziście. Ciężko pozostać wobec nich obojętnym. Choć nie od razu wzbudzili we mnie sympatię i ciekawość, to jednak z czasem obdarzyłam ich ciepłymi uczuciami. Zaskoczyli mnie swą dojrzałością, podejściem do niektórych spraw, spojrzeniem na życie. Green zaserwował im wiele emocjonalnych obciążeń, masę wzruszeń, wystawiał ich na próby. A oni testowali naszą odporność, cierpliwość i zainteresowanie.

Green pisze bardzo lekko, dzięki czemu lekturę pokonujemy w błyskawicznym tempie. Swobodny styl, krótkie rozdziały, młodzieżowa stylistyka- elementy te sprawiają, że książkę czyta się szybko, ale też przyjemnie. To dobra lektura na zimowy wieczór. Najważniejsze jednak, że momentalnie nie ulatuje nam ona z pamięci.

Moim zdaniem nie jest to powieść idealna. Akcja rozwija się dość wolno, opis sprawia, że możemy nastawić się na coś innego, chyba brakuje w niej jakiejś iskry. Niemniej jednak porusza ważne kwestie, budzi emocje, wyróżnia się. Warto po nią sięgnąć.

Za przesłanie książki do recenzji dziękuję portalowi Sztukater.



piątek, 5 stycznia 2018

Do czego jest zdolna?




Autor: Justine Larbalestier
Tytuł: Moja siostra Rosa
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 416
Gatunek: thriller/literatura młodzieżowa 






Pokochał Rosę jako maleńką dziewczynkę, która uśmiechając się do niego pokazywała urocze dołeczki i kołysała blond lokami. Dziś, choć dalej wygląda ona tak niewinnie, łatwo doszukać się u niej objawów psychopatii. Niestety widzi je tylko jej starszy brat, Che.


Uwielbiam sięgać po kryminały i thrillery. Doceniam wszechobecne napięcie, zamiłowanie do zbrodni, a przede wszystkim zło będące w mniejszym lub większym stopniu nieodłącznym elementem ludzkiej natury. W przedziwny sposób fascynuje mnie mrok, a książka ta zapowiadała się na wyjątkowo ponurą i budzącą grozę. Zwyczajnie nie mogłam przejść obojętnie obok tego tytułu.





Krótki opis powieści mocno rozbudził moją wyobraźnię. Wyłania się z niego obraz przerażającej, groźnej i zdeterminowanej dziewczynki. Pierwszy wyobrażenie, które mi się nasunęło? Psychopatka. Powiem szczerze, choć może zabrzmi to niepokojąco, że temat socjopatii i psychopatii to jeden z tych, które nigdy mi się w powieściach nie znudzą. Kwestie te dają autorowi wiele możliwości, szerokie pole manewru, pozwalają mocno wpłynąć na wyobraźnię czytelnika i skłonić go do refleksji, a także budzą niepewność i popłoch. Dokładnie na to liczyłam rozpoczynając lekturę i nie zawiodłam się. Co więcej, im bardziej zagłębiamy się w powieść, tym mocniej przekonujemy się, że nie wszystko jest takie oczywiste, że wiele rzeczy zostało przemilczanych. Rodzinne sekrety zaczynają wychodzić na światło dzienne, a bohaterzy powieści zaczynają budzić w nas nowe emocje.

Larbaleister potrafi zaintrygować. Nie próbuje tego tematu złagodzić, nie szuka ułaskawienia dla bohaterów. Zaczyna mocnym akcentem i utrzymuje nas w stanie zaniepokojenia i fascynacji aż do finału. Powieść mocno mną wstrząsnęła. Uświadomiła mi, że niczego nie możemy być pewni. Bo kto ukryje się przed nami lepiej niż psychopata? Kto okaże się bardziej przebiegły, mocniej pożeruje na naszych uczuciach, lepiej będzie naśladował odpowiednie emocje i właściwie zachowanie? Pojawia się też tutaj niezwykle istotna kwestia bliskiego obcowania z taką osobą, relacji bliskich, rodzinnych zależności. Czy można kogoś jednocześnie kochać i nienawidzić? Jak z tym żyć? I czy powinniśmy mówić o tym wprost?

Tytułowa Rosa to postać niewątpliwie intrygująca. Autorka wspaniale oddała charakter osoby antyspołecznej, nastawionej wyłącznie na realizację własnych potrzeb, traktującą innych przedmiotowo. Każdy kolejny książkowy epizod bardziej dawał mi do myślenia, mocniej oszałamiał, niebezpiecznie zaskakiwał. Rosa okazała się bezwzględna, niezwykle inteligentna i o wiele bardziej przebiegła, niż można by się spodziewać po dziesięcioletniej dziewczynce. Być może komuś mogłoby się wydawać to nieprawdopodobne, a jednak ja nie rozważałam sylwetki bohaterki w takich kategoriach. Tą kreacją autorka po prostu mnie kupiła.

Bardzo podoba mi się perspektywa opowiedzenia tej historii, którą wybrała Larbalestier. Autorka w celu przedstawienia nam Rosy wykorzystała jej starszego brata- kogoś, kto znał dziewczynkę najlepiej. Narracja pierwszoosobowa jest moim zdaniem o wiele bardziej przekonująca, głębiej wpływa na czytelnika, mocniej angażuje, dokładnie tak, jak w tym przypadku. Momentami odnosiłam wrażenie, jakby Che opowiadał o wydarzeniach, które faktycznie miały miejsce, a to najlepszy dowód na to, że autorka świetnie się do tej powieści przygotowała i mocno wczuła się w sytuację powieściowych bohaterów.

Larbaleister pisze niezwykle lekko. Język powieści nie jest skomplikowany, a zbudowanie fabuły w oparciu o młodych bohaterów sprawia, że książka jest łatwiejsza w odbiorze. Czyta się szybko, interesujący temat wciąż popycha nas ku kolejnym rozdziałom.

Nie doszukałam się w tej książce słabych stron. Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam. Polecam wszystkim osobom lubiącym niepokojące i mroczne klimaty oraz cienie ludzkich osobowości.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 4 stycznia 2018

Biedronkowe zdobycze

Niezbyt często mam okazję zapolować na tanie tytuły w Biedronce, jednak w okresie świątecznym udało mi się zdobyć kilka książek. 

A czy Wy polujecie na książki w marketach?