sobota, 19 sierpnia 2017

Thriller po polsku




Autor: Wojciech Dutka
Tytuł: Czarna pszczoła
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 400
Gatunek: thriller







Brutalne zabójstwo nastolatka niepokojąco przypomina morderstwo sprzed wielu lat. Wydaje się, że tylko jedna osoba dostrzega związek między tymi sprawami. Co się wydarzyło przed laty? Dlaczego ktoś chciałby do tego wracać?  

Szczególnie przypadł mi do gustu sposób, w jaki Wojciech Dutka opowiada swoją historię. Prowadzenie akcji dwutorowo, a zatem przeplatanie retrospekcji z bieżącymi wydarzeniami, zawsze najbardziej do mnie przemawia. Dzięki temu autor oferuje czytelnikowi możliwość lepszego poznania bohaterów, zrozumienie ich motywów i wydarzeń, które doprowadziły ich do miejsca, w jakim się znaleźli. Co więcej, wzbudza większą ciekawość i pogłębia niecierpliwość czytelnika. Szybko pokonywałam kolejne rozdziały, pragnąc poznać szczegóły sprawiające, że historia w końcu stanie się kompletna.

A dodać trzeba, że to historia szczególna, skomplikowana, zaskakująca. Autor sięga wiele lat wstecz, sprytnie zapętla swą opowieść, wracając do tego, co bohaterzy już przeżyli. Oferuje im niepokojące deja vu, sprawiając, że ich popłoch i obawy zaczynają rzutować na czytelnika. Dutka sięga bardzo daleko w przeszłość, powraca aż do czasów wojennych. Moim zdaniem wplatanie tego typu wątków w fabułę kryminału, jest co najmniej ryzykowne- interesujące i dające szereg możliwości, ale także sposobność do potknięcia się. Tym razem wywindowanie poprzeczki przyniosło jednak pozytywny rezultat, a motyw wojenny okazał się strzałem w dziesiątkę.


Tym, na czym zyskała również powieść, są trudne tematy, których autor w ogóle nie unika, a wręcz przeciwnie. Dutka z wielkim upodobaniem łączy ze sobą sprawy niemające żadnego związku, przeplata je tworząc opowieść zadziwiającą i intrygującą. Co najważniejsze, książkowa problematyka jest wciąż aktualna, wciąż wywołuje silne emocje i głębokie refleksje. 



Wielką frajdę w przypadku takich powieści stanowi typowanie sprawcy, choć zazwyczaj liczymy jednak na niespodzianki ze strony autora. Poznawanie motywów, łączenie kolejnych szczegółów sprawy, nowe wątki- te elementy angażują, ale to rozwiązanie, które uda nam się poznać przed finałem kusi. Domyśliłam się, kto jest sprawcą, znalazłam mordercę nieco wcześniej, wciąż jednak byłam ciekawa, co Dutka wymyśli, czym mnie zaskoczy. I tych atrakcji jeszcze trochę się pojawiło, te zaskoczenia jeszcze na mnie czekały.



Co ważne, styl autora jest bardzo lekki. Skomplikowana fabuła przekazana została za pomocą prostej narracji. Dutka sprawnie łączy słowa, bardzo przyjemnie się go czyta. Dzięki temu (oprócz ciekawej fabuły) powieść pokonuje się w bardzo szybkim tempie.





Do gustu przypadli mi także książkowi bohaterzy. Charakterystyczni, zdecydowani, odważni, zdeterminowani w dążeniu do celu. Choć nie do końca rozumiem okładkowy zachwyt nad detektywem Kwietniewskim, ja nie znalazłam u niego żadnych nadzwyczajnych umiejętności czy cech charakteru.

"Czarna pszczoła" to książka interesująca ze względu na treść i ważna dzięki swojemu przekazowi. Mądra, dobrze napisana, dopracowana pod każdym względem. Warta uwagi i potwierdzająca, że polscy autorzy mają jeszcze wiele do (o)powiedzenia. 

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Albatros.



środa, 16 sierpnia 2017

Nastolatkiem być




Autor: Rebekah Crane
Tytuł: Jak pokochać freaka
Wydawnictwo: Feeria Young
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 296
Gatunek: literatura młodzieżowa








Obóz dla problematycznych nastolatków. I nastolatki, których problemy przekraczają nasze wyobrażenia. Niezwykła codzienność, zaskakujące przyjaźnie, niewinne zauroczenia, a także szczere uśmiechy, a to wszystko w gorącym Michigan. 

Wbrew pozorom "Jak pokochać freaka" nie przypomina innych książek młodzieżowych, które każdego dnia zalewają wydawniczy rynek. Przede wszystkim ze względu na nietypowe miejsce akcji, jakim okazuje się obóz dla problematycznych nastolatków. Upalne słońce, ciepła woda jeziora, gorąca atmosfera Michigan stanowią odpowiednie zrównoważenie dla trudnych tematów, jakie pojawiają się na kolejnych stronach powieści. Książki młodzieżowe w dużej części skupiają się na kwestiach lekkich i przyjemnych, jednak Rebekah Crane postanowiła udowodnić, że nie tędy droga, a nastolatkowie, podobnie, jak dorośli muszą mierzyć się z problemami, lękami i koszmarami przeszłości.

Każdy książkowy bohater utożsamiony został z innym zaburzeniem. Anoreksja, okaleczanie się, schizofrenia... A to dopiero początek. Autorka książki postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko, w dużej mierze właśnie za sprawą faktu, że potraktowała młodzież jak dorosłych. Mam wrażenie, że postanowiła zachować się trochę na przekór, podkreślając, że historie dotyczące młodzieży nie muszą opierać się na błahych romansach. Jej powieść to wachlarz głębokich problemów i wielkich emocji. 

Książkowi bohaterzy każdego dnia walczą o siebie i lepszą codzienność. Siłują się z życiem, biorą jego ciężar na własne barki. Zagłębiając się w powieść szybko przekonałam się, że tkwi w nich wielka dojrzałość, niewspółmierna do wieku. A pod maską twardych i niczym niewzruszonych bohaterów kryje się głęboka wrażliwość, poczucie krzywdy i wielkiego niezrozumienia. Crane oparła swą powieść na bohaterach niezwykłych, którzy uzupełniają się w urokliwy, choć dziwaczny sposób, pozwalając by ich problemy nie zdominowały ich jednak całkowicie, licząc, że gdzieś w nich samych jest jeszcze trochę miejsca na bycie dzieckiem.

Autorka stworzyła postacie głębokie i charakterystyczne, a fakt, że niewiele na ich temat ujawniła na samym początku, sprawia, że nasza ciekawość i niecierpliwość ich poznania zatrzymuje nas przy powieści. Wiemy, że skrywają w sobie tajemnice, czekamy aż się otworzą. A oni zmieniają się na naszych oczach. Crane udało się wykreować bohaterów bardzo ludzkich, w których każdy odnajdzie coś z siebie. Co ciekawe, zarówno dziewczęta, jak i chłopcy z jej opowieści, zostali równie dobrze ukazani, wczucie się w postacie męskie nie okazało się dla niej dużym problemem.

"Jak pokochać freaka" czyta się lekko i szybko, czemu sprzyja zarówno styl naśladujący sposób mówienia i bycia nastolatków, jak i krótkie rozdziały. Crane z wielką przyjemnością operuje słowem, pozwalając nam poznać niezwykłą historię niezwykłych młodych ludzi.

W trakcie tej lektury uświadomiłam sobie, jak ciężko jest nastolatkom. Powróciłam do własnej młodości i przypomniałam sobie, co mnie wówczas nurtowało. Ta książka pozwoliła mi również spojrzeć inaczej na pewne sprawy. Jestem pod wrażeniem historii stworzonej przez Crane, tego w jaki sposób ukazała świat młodych ludzi i towarzyszące mu problemy. Moim zdaniem to lektura warta poznania, szczególnie, że zawarta na jej stronach dojrzałość czyni te powieść odpowiednią również dla starszych czytelników.   

Za przesłanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young. 

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Dzika Afryka?





Autor: Olga Stanisławska
Tytuł: Rondo de Gaulle'a
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura faktu 







Olga Stanisławska niespiesznie porusza się po afrykańskiej krainie, snując swoją opowieść z fragmentów zasłyszanych historii i kawałków ludzkiej codzienności. Z kolejnych rozdziałów wyłania się Afryka, nie taka wcale dzika, raczej egzotyczna, nietypowa i nieznana. Rzeczywistość na kartach powieści przybiera wielobarwny charakter, prezentuje się głośno i żywiołowo, wielokrotnie zaskakuje. Bo na wstępie trzeba dodać, że to miejsce pełne kontrastów, szalenie skrajne.

Autorka nie skupia się na opisywaniu krajobrazów, dzięki tej książce nie wyobrazimy sobie piękna przyrody i urody mijanych zakątków. Nie, dla niej liczą się tylko ludzie. Ich historie. Gesty. Uśmiechy. Dotyk rąk. Stanisławska z wielką przyjemnością dokumentuje te spotkania, przedstawia nam ludzi, z którymi spędziła istotne chwile i od których czerpała- wiedzę, energię. Ona korzystała z ich obyczajowości i kultury. Uczyła się życia, jakie prowadzą na co dzień. Nurzała się w ich rzeczywistości, z wielka pasją przekazując nam to, czego miała przyjemność doświadczyć.

Podziwiałam Afrykę jej oczami zastanawiając się, jak to możliwe, że to miejsce tak bardzo różni się od tego, w którym żyjemy my. Momentami wciąż ciężko było mi uwierzyć, że to ten sam świat, bo przecież tak bardzo inny. I tak mocno przejaskrawiony, zbudowany z różnic. Z jednej strony gościnny, wspierający, uczący się dzielić tym, co każdy posiada, bo nie liczy się własność, a chęć ofiarowania. Z drugiej wciąż jednak pod pewnymi względami zacofany. Negatywnie zaskakujący istniejącą hierarchizacją- koniecznością łączenia się ludzi według społecznego poziomu, przejawami niewolnictwa. To mnie raziło, szokowało, dawało do myślenia.

Autorka z wielką wdzięcznością przyjmowała to, co zostało jej podczas tej podróży oferowane. Każdy nowy dzień witała z dużym entuzjazmem, a nowe doświadczenia sprawiały, że przepełniało ją zadowolenie i satysfakcja. Bardzo istotne, że chciała się nimi z nami podzielić, pokazać nam Afrykę, jaką zobaczyła i zapamiętała. Podczas lektury udzielały mi się jej emocje. Czułam zapachy, widziałam barwy, słyszałam dźwięki. Potrafiłam to sobie wyobrazić, na chwilę przenieść się w tamte miejsca, by móc przeżyć to razem z nią.


Niestety czytało mi się dość ciężko. Być może wynika to właśnie z takiej reportażowej formy, w której autor buduje swą historię z zasłyszanych opowieści i fragmentów codzienności, łączącej doświadczenia obcowania i przeżywania z miejscową ludnością. Dzięki temu miałam wrażenie, że ta historia nieco się rwie, że coś mi umyka, a autorka przeskakuje po tematach. Wymagało to ode mnie cierpliwości i skupienia. Myślę jednak, że w takim przypadku było warto.

Kto z nas nie chciałby poznać Afryki? Choćby w takiej formie? 


piątek, 11 sierpnia 2017

Gdzie jesteś, Anno?




Autor: Guillaume Musso
Tytuł: Dziewczyna z Brooklynu
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 400
Gatunek: thriller/kryminał







Przyparta do muru Anna zdradza narzeczonemu swoje sekrety, a następnie znika. Rozpoczyna się morderczy wyścig z czasem. Nie ma tu miejsca na subtelności. Przeszłość rozpycha się łokciami, a teraźniejszość przestaje być taka oczywista. Co się wydarzyło i kim właściwie jest Anna?

Swoją przygodę z Musso rozpoczęłam 2 lata temu tytułem „Wrócę po Ciebie”. Powieść tak mnie oczarowała, że postanowiłam w krótkim czasie nadrobić inne książki jego autorstwa. Poznałam już kilka tytułów i ani razu się nie zawiodłam. Dziś śmiało mogę powiedzieć, że to jeden z moich ulubionych pisarzy.


Z czym kojarzy mi się twórczość Musso? Z bogatą wyobraźnią. Zwrotami akcji. Historiami pięknymi i skłaniającymi do refleksji. Z pewną dozą przygnębienia i melancholii. Z głębią pokazywanych uczuć. Wcześniej nie kojarzył mi się natomiast z typowym starannym policyjnym śledztwem, w którym prawda ukazuje nam się stopniowo wraz z każdym nowo odkrytym szczegółem. Dlatego też „Dziewczyna z Brooklynu” tak mnie zaskoczyła.



Spodziewałam się thrillera, zapierającej dech w piersi akcji nacechowanej uczuciem niepokoju, szybkim tempem i zwrotami w najmniej oczekiwanych momentach. Tymczasem Musso przeszedł sam siebie (tak, wciąż jest to w jego przypadku możliwe). Zaoferował czytelnikowi rozrywkę na najwyższym poziomie. Rozrywkę w pozytywnym znaczeniu wymagającą, oczekującą naszej uwagi i pełnego skupienia. Takie śledztwa kojarzą mi się z powieściami Connelly’ego czy Cobena, z chęcią dopiszę nazwisko autora do tego zacnego grona.

Musso zbudował swoja historię wokół elementów, które na początku trudno ze sobą połączyć. Może też dlatego, że chętnie wprowadza on kolejne wątki, zanim którekolwiek spośród wcześniejszych uda nam się poskładać w logiczną całość. Z każdym kolejnym rozdziałem przekonujemy się, że ta historia jest o wiele bardziej skomplikowana i złożona, niż mogłoby się nam wcześniej wydawać. Na powierzchnię wypływają nowe kwestie, pojawiają się inne postacie, a lista nazwisk uczestników tej rozgrywki stale się powiększa. I wtedy Musso funduje nam wycieczkę śladem przeszłości bohaterów, a jak wiadomo przeszłość to idealne miejsce na upchanie w szafie kilku tropów, zatajenie wiele niewygodnych faktów, ukrycie niepokojących tajemnic.

Bardzo podoba mi się, że autor przedstawił tę historię za pomocą narracji dwuosobowej. Z jednej strony śledztwo prowadzi pisarz, którego narzeczona zaginęła, z drugiej policjant na emeryturze. Każdy z nich odkrywa nowe fakty na własną rękę, a realizowane dwutorowo śledztwo nie mogłoby być bardziej zajmujące. Lubię, kiedy odkrywaniem zagadek zajmuje się w powieści ktoś inny, niż profesjonalny detektyw, kiedy to bohaterzy odkrywają w sobie smykałkę do mierzenia się z ludzkimi koszmarami. Takie zabiegi zawsze sprawiają, że akcja powieści staje się ciekawsza, wzbogacają ją- tak, jak w tym przypadku.

Musso trzyma nas w napięciu od początku. Tej powieści nie można tak po prostu odłożyć, by zająć się innymi sprawami. Świat książkowych bohaterów przenika nasz własny, a dotyczące ich zdarzenia zaczynamy traktować niemalże osobiście. W przypadku tej książki nie można kierować się znaną zasadą „jeszcze jeden rozdział”, bo zakończenie jednego ciekawego wątku wraz z nowym rozdziałem przechodzi w początek innego. Bohaterzy (pisarz i detektyw) wprowadzają nas w kulisy śledztwa naprzemiennie, a szczegóły odkrywane przez tych mężczyzn są tak samo intrygujące i wzbudzające napięcie.

Jeśli chodzi o bohaterów, tutaj także nie ma do czego się przyczepić. Każdy z nich został wykreowany w ten sposób, by wzbudzać emocje. Na kartach powieści możemy dobrze ich poznać i przekonać się, jak bardzo są wyraziści, charakterystyczni i pełnokrwiści. Musso nie stosuje półśrodków, więc jego postacie także nie mogą być zbudowane na pół gwizdka. One mają swoje sekrety, żyją własną przeszłością, wyrażają emocje na swój sposób. Można je lubić albo nie, nie można im jednak odmówić realizmu i skłaniania nas do refleksji.



Przy budowaniu akcji autor subtelnie odwołał się do innych tematów. Zahaczył o politykę, podkreślił istotę rodzinnych więzi, wpływ przeszłych wydarzeń na całe ludzkie życie, słabość charakteru i siłę takich uczuć, jak miłość czy przyjaźń. Tematy te pięknie się uzupełniają, sprawiając, że książka nabiera obyczajowego rysu, a miejscami przypomina soczysty kryminał.





Musso pisze na temat, realizuje plan, pięknie przelewa myśli na papier. Czyta się go z wielką przyjemnością. Choćbym chciała, to nie znalazłam niczego, co w tej historii by mi nie pasowało, co by mnie drażniło. To świetna, przemyślana i dopracowana książka, która każdym rozdziałem pokazuje, że autor zasługuje na uznanie i miłość czytelników. 

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Albatros.



czwartek, 10 sierpnia 2017

A Ty na czyjej jesteś liście?




Autor: Magda Stachula
Tytuł: Trzecia
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 400
Gatunek: powieść obyczajowa/thriller






Zdjęcia z ukrycia, wystawanie pod drzwiami, śledzenie. Eliza, psychoterapeutka, nigdy nie spodziewała się, że może to spotkać właśnie ją. Na dodatek nie wie, gdzie może szukać pomocy. Wszyscy wydają się skupieni na swoich sprawach. A może zwyczajnie jej nie ufają...



Magda Stachula kupiła mnie swoją pierwszą powieścią, którą wciąż ciepło wspominam. Nieco obawiałam się zetknięcia z kolejną książką jej autorstwa. Takie obawy zawsze towarzyszą mi po lekturze udanego debiutu. Czy autor utrzyma poziom, a może podniesie poprzeczkę? Czy fabuła powieści ponownie mnie ujmie i zapadnie w pamięć?






Tym, co szczególnie spodobało mi się w „Trzeciej”, jest pierwszoosobowa narracja prowadzona naprzemiennie przez głównych bohaterów. Każdy z nich opowiada o miłościach i tragediach, których doświadczył, powraca do przeszłości, wraca myślami to wydarzeń kształtujących go na taką, a nie inną osobę. Fakt, że opowiadają o sobie w ten sposób, pełnią rolę narratorów, sprawia, że ta historia bardziej do nas przemawia, zaczynamy odczuwać ją jako bardziej realistyczną i prawdopodobną.

Stachuli udało się bardzo dobrze wykreować sylwetki wszystkich bohaterów. Bez problemu poradziła sobie zarówno z kobietami, jak i męską postacią tej rozgrywki. Stworzone przez nią postacie są dopracowane, charyzmatyczne, mogą przypominać nas samych lub kojarzyć się z tymi, których znamy. Kolejne kartki powieści pozwalają nam wyrobić sobie o nich opinię, spojrzeć na nich łaskawszym okiem lub utwierdzić się w przekonaniu, że to ludzie, z jakimi nie chcielibyśmy mieć do czynienia. Pełnokrwistość bohaterów podparta została ich błędami, złymi wyborami i błędnymi decyzjami.

Podoba mi się, w jaki sposób autorka połączyła ze sobą poszczególne wątki. Przez długi czas zastanawiałam się, o co dokładnie chodzi w tej historii, na czym została ona oparta. Miałam wrażenie, że kojarzę ogólne fakty, potrzebowałam natomiast uzupełnić je o szczegóły. Brakowało mi drobiazgów sprawiających, że opowieść Stachuli stanie się pełna, kompletna i dopracowana. Te elementy pojawiają się z czasem. Autorka jednak nie podaje nam ich na tacy, na wszystkie musimy cierpliwie poczekać, często sami podedukować. A w międzyczasie oferuje nam zwroty akcji, wprowadza kolejne wątki, zmienia nasze postrzeganie pewnych spraw.

Dość mieszane uczucia mam jednak w kwestii przedstawienia tej historii. Odpowiada mi styl autorki. Pisze lekko, zgrabnie wprowadza nas w wydarzenia. Dobrze się bawi i bez wątpienia zna się na tym, co robi. Widać, że pisanie sprawia jej przyjemność, a tworzenie skomplikowanych historii nie stanowi większego kłopotu. Niemniej, moim zdaniem, za dużo jest w tej historii refleksji bohaterów, krążenia wokół tych samych wydarzeń, powtarzających się wątków i przepracowywania osobistych porażek. Momentami miałam chęć potrząsnąć bohaterkami i zmusić je, by zamiast siedzieć i myśleć, wzięły sprawy w swoje ręce, żeby zrobiły więcej, zagrały ostrzej. Wydaje mi się, że dzięki temu elementy charakterystyczne dla thrillera nieco się rozmyły.

Właściwie nie jestem pewna, czy określiłabym tę powieść thrillerem. Owszem, Stachula wprowadza kilka dramatycznych sytuacji, potrafi stopniować napięcie, momentami zaskakuje, a zakończenie może wywołać u czytelnika ciarki, ale czegoś mi zabrakło. Może problemem są zbyt wyostrzone wątki obyczajowe? Powracanie do przeszłości, żałowanie podjętych decyzji, elementy ubogacające, ale niekoniecznie potrzebne. Może czegoś brakuje, a może z kolei jest za dużo?

„Trzecia” to powieść dopracowana i przyzwoita. Nie zachwyciła mnie jednak tak, jak „Idealna”. 

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Damien Boyd "W linii prostej" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Damien Boyd
Tytuł: W linii prostej
Wydawnictwo: Editio Black
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 192
Gatunek: kryminał 






Jake Fater uwielbiał wspinaczkę i w tym temacie nie miał sobie równych. Tymczasem zmarł odpadając od skały. Co się wydarzyło? Kto odpowiada za jego śmierć?

Jakimi cechami powinien charakteryzować się dobry kryminał? Z pewnością wartką akcją, intrygującymi bohaterami, przebiegłym sprawcą, pewną dozą brutalności i dobrym zakończeniem. Nigdy nie zastanawiałam się jednak nad długością powieści. Czy ma ona znaczenie? W tym przypadku zdecydowanie tak, książka ma bowiem niecałe 200 stron. Nieco się obawiałam, czy faktycznie tak niewielka książeczka może sprostać czytelniczym wymaganiom. Jak sobie poradziła?



Grzechem byłoby nie zacząć od analizy głównego bohatera. Jaki jest komisarz Dixon? Doświadczony. Pewny siebie. Ambitny. Skupiony na pracy i zawodowych wyzwaniach. Traktujący obowiązki z najwyższą starannością i dokładnością. Ideał detektywa prawda? I tak i nie. Czasami miałam wrażenie, że jest zbyt mocno przekonany o swojej racji, nie rozumiałam czemu współpracowników traktuje z tak dużym dystansem, a może nawet chłodem. Przyznam jednak, że bardzo mnie to zaintrygowało. W moich oczach Dixon to detektyw, który dobrze czuje się wypełniając obowiązki samodzielnie, ma silnie wykształcony instynkt przywódczy, a jego doświadczenie zawodowe robi wielkie wrażenie. Fakt, że niewiele o nim wiemy sprawia, że otacza go aura tajemnicy. Nieźle, prawda?

Niewielka objętość książki odbiera nieco autorowi pole manewru. Nie ma tutaj miejsca na zbędne szczegóły, zrezygnowano właściwie z tła obyczajowego, o bohaterach nie dowiadujemy się właściwie niczego. Można by rzecz, że jest krótko i na temat. Akcja książki rozwija się szybko i dynamicznie, już pierwsze strony angażują i zachęcają do uważnego śledzenia fabuły. Boyd oferuje nam drobiazgowe i skrupulatne policyjne śledztwo, w którym nie ma ani czasu ani miejsca na błędy. Główny bohater szybko sprawdza kolejne tropy, nie pozwalając sobie na momenty zawahania. Wydaje się, że wszystko idzie mu jak po maśle, aż do zakończenia, którego nie mógł przewidzieć. Finał potrafi zaskoczyć.

Pomysły, wokół których autor zbudował fabułę są jak najbardziej trafione, choć dość proste. Boyd nie próbuje wywołać szoku, na siłę ubarwiać. On ma plan, którego konsekwentnie trzyma się od początku do końca. Akcja przebiega gładko, bez większych zwrotów i nagłych zaskoczeń. Mam wrażenie, że zależało mu bardziej na ukazaniu, jak wygląda praca detektywa, niż konstruowaniu skomplikowanej zagadki. Nie znaczy to, że jego zagadka jest kiepska, ale tak jak już wspomniałam, wykonanie zalicza się do prostych i raczej subtelnych.



Autor pisze krótko, zwięźle i na temat. Język książki dopasowany został bo okoliczności, bohaterów i typu powieści. Czyta się przyjemnie i szybko, nastawiając się przede wszystkim na czytelniczą rozrywkę niż literacki majstersztyk. Zakończenie sprawia, że spoglądamy na nią cieplej, łagodniejszym okiem.







„W linii prostej” to książka przemyślana i dopracowana. Nie miałabym jednak nic przeciwko drobnym poprawkom, a może raczej kilku zmianom. Chętnie poznałabym lepiej bohaterów powieści, szczególnie komisarza Dixona. Na tym zależałoby mi przede wszystkim. Pewien problem sprawiło mi także zrozumienie słownictwa dotyczącego wspinaczki. Słowniczek powinien być raczej na początku, niż na końcu. Zagadka mogłaby zostać również bardziej rozbudowana, ale to już tylko kwestia gustu. Myślę z kolei, że to dobra propozycja dla osób, które swoją   przygodę z kryminałem dopiero zaczynają.

Za możliwość poznania tego tytułu dziękuję Wydawnictwu Editio Black.



niedziela, 6 sierpnia 2017

Kathryn Ormsbee "Milion odsłon Tash" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Kathryn Ormsbee
Tytuł: Milion odsłon Tash
Wydawnictwo: Moondrive
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 352
Gatunek: literatura młodzieżowa







Tash swoja miłość do Tołstoja przełożyła na kręcony z przyjaciółmi internetowy serial „Nieszczęśliwe rodziny”. Ani przez chwilę nie spodziewała się jednak, że z dnia na dzień ludzie ich pokochają, a popularność może ich przerosnąć. Zawodząca sława, pierwsze zauroczenia, rozdanie nagród. Co jeszcze czeka Tash? 

Lubię od czasu do czasu sięgnąć po literaturę młodzieżową, choć sama zaliczam się do starszego grona odbiorców. Czasami, nie za często, gdy wyczuwam powieściowy potencjał i jestem pewna, że książka nie została zdominowana przez romanse między bohaterami. „Milion odsłon Tash” zapowiadała się bardzo dobrze pod wieloma względami. Nie mogłam jej przeoczyć.


Tash to postać szczególna, mocno wyróżniająca się na tle rówieśników. Ambitna, dojrzała, zdeterminowana do osiągnięcia zamierzonych celów. Z pewnymi tajemnicami, które niekoniecznie powinny ujrzeć światło dzienne, a ona sama z pewnością nie powinna mieć powodu, by się z nimi mierzyć. Bardzo polubiłam tę bohaterkę. Od dawna, podczas lektury, nie spotkałam się z tak charakterną młodą damą.





Podoba mi się także pomysł Ormsbee na fabułę powieści. Każdy zawarty w niej element, od miłości do Tołstoja rozpoczynając na vlogowaniu kończąc, to strzał w dziesiątkę. Wszystkie kwestie bardzo ładnie się uzupełniają i komponują na niebanalną i niezapomnianą całość. Kolejne rozdziały angażują, nowe szczegóły sprawiają, że zaczynamy w inny sposób postrzegać całość, oceniać poszczególnych bohaterów, razem z nimi się bawimy, ale też swoje musimy przejść. Autorka podziałała na moją wyobraźnię, sprawiając, że zaczęłam poważnie myśleć o nadrobieniu literatury klasycznej oraz zwróciłam uwagę na wymienianych w powieści artystów, czując potrzebę, by posłuchać ich nagrań.

Bardzo cenię sobie literaturę młodzieżową potrafiącą dotrzeć do serca starszych czytelników. Nie interesują mnie banalne romanse, magnetyczne przyciąganie między bohaterami, czy dziewczynki śliniące się na widok swoich rówieśników, mające stale przed oczami ich widok. „Milion odsłon Tash” zostało na szczęście okrojone o takie kwestie. Powieść naładowana jest młodzieżową energią, opatulona w dziewczęce uczucia, nastrojona urokliwą nastoletnią naiwnością i to wszystko do siebie pasuje. Te elementy wywołują na twarzy czytelnika uśmiech, pewną nostalgię, magię wspomnień.

Co istotne, autorka wplotła w ten młodzieżowy świat również sprawy, z którymi czasami ciężko byłoby poradzić sobie nawet dorosłym. Na kartach powieści pojawia się kilka trudnych tematów, istotnych i aktualnych. Niektóre zarysowane są bardziej subtelnie, inne spadają na nas (a także na Tash) jak grom z jasnego nieba. Ale ich obecność jest ważna, dodaje też książce realizmu, uwierzytelnia ją, a także sprawia, że stanie się ona cenniejsza i bliższa starszym czytelnikom.


Ormsbee pisze lekko, przygody Tash poznaje się niezwykle szybko. Przyjemny styl, język łatwy w odbiorze i odpowiedni dla codzienności nastolatków, niezbyt długie rozdziały- dzięki tym elementom pokonujemy strony powieści bezproblemowo i niemal niezauważalnie, docierając do zakończenia, będącego idealnym podsumowaniem tej historii.






„Milion odsłon Tash” to dobra lektura na lato. Nieskomplikowana, wywołująca pozytywne emocje. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas lektury pojawi się garść refleksji, kilka pytań, odrobina pasji, marzenie o powrocie do młodości. A dzięki temu nie zapomnimy o niej szybko, odkładając ją na półkę z uśmiechem i lekką melancholią. 

Za możliwość poznania tej historii dziękuję Wydawnictwu Moondrive.