niedziela, 31 grudnia 2017

Powrotów nie będzie




Autor: Irena Jarocka, Mariola Pryzwan
Tytuł: Nie wrócą te lata
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 464
Gatunek: autobiografia







Irena Jarocka przez wiele lat królowała na polskiej scenie muzycznej. Fani doceniali jej utwory za głębokie teksty, piękne melodie i trafiające prosto do serca przesłanie. Piosenkarka skończyła pisać swą autobiografię w 2007 roku, a dziś, po upływie 10 lat, książka nareszcie trafia w ręce czytelników.


Biografie i autobiografie nie należą do moich ulubionych gatunków literackich, co jakiś czas sięgam jednak po takie powieści, dopatrując się w tych lekturach szansy poznania interesujących osób, zainspirowania się, zrozumienia, co kierowało nimi przy podejmowaniu najważniejszych życiowych decyzji. Jedną z osób, którym warto bliżej się przyjrzeć bez wątpienia jest Irena Jarocka.



Wydaje mi się, że dzięki tej publikacji na osobę artystki możemy spojrzeć inaczej. Zawsze wydawała się bardzo delikatna i wrażliwa, oddana innym ludziom, a jednak potrafiła przy tym obstawać przy swoim, twardo stąpać po ziemi, zaskoczyć swą stanowczością, podnieść się po osobistych tragediach. Bardzo podoba mi się taki obraz Jarockiej. Poczułam się szczerze zaskoczona i cieszę się, że taka książka powstała, zwracając uwagę czytelników na postać zarówno kruchą, jak i odważną, wrażliwą, ale także zdeterminowaną w dążeniu do celu. Takie kobiece sylwetki zawsze robią na mnie duże wrażenie i nie potrafię przejść obok nich obojętnie.

Nie da się ukryć, że Jarocka żyła zupełnie inaczej niż gwiazdy, które znamy czy podziwiamy obecnie. Nie kreowała się na celebrytkę, nie robiła ze swojego życia teatru. Zależało jej na sukcesie, ale nie za wszelką cenę. Kochała rodzinę, to ona była dla niej na pierwszym miejscu. A miłość do muzyki szła w parze z miłością do najbliższych i do ukochanego mężczyzny. W tej opowieści znalazło się to, co w życiu najważniejsze. To siła uczucia przeplatana niezwykłą pasją i talent do łączenia rzeczy stanowiących podstawę życia fascynującego i inspirującego.

Zaledwie kilka tygodni temu miałam okazję poznać inną książkę, której opracowania podjęła się Mariola Pryzwan- "Tylko mnie pogłaszcz. Listy do Haliny Poświatowskiej". Dzięki niej przekonałam się, że to rzetelna, dokładna i pracowita biografistka. Tym razem nie mogło być inaczej. Nie jest łatwo oddać czyjeś myśli, poukładać wydarzenia z jego życia, w sposób zadowalający, a zarazem szczery pokazać, kim faktycznie była ta osoba, co wpłynęło na jej życie i jej decyzje. A Pryzwan udało się to zrobić znakomicie. Zainteresować, zachęcić do lektury, zatrzymać przy książce.

Dobrze się stało, że w publikacji pojawiły się listy podkreślające siłę uczucia Pani Ireny. Dzięki nim możemy poznać lepiej zarówno artystkę, jak i przekonać się, jak ważne miejsce w jej życiu zajmował mąż. Siła łączącego ich uczucia była najlepszym dowodem na to, że związek małżeński nie musi być nudny i monotonny, a spędzone razem lata umacniają i wpływają na życie obojga partnerów. Można im pozazdrościć, można się czegoś nauczyć, zainspirować.

Na uwagę zasługuje również piękne wydanie tej książki. Twarda oprawa, mnóstwo fotografii, listy. Te elementy przykuwają wzrok, ozdabiają i urozmaicają tekst, zapadają w pamięć.

"Nie wrócą te lata" i nie wróci Irena Jarocka. Ale dzięki tej książce kolejny fragment Niej z nami pozostał.  

Za książkową niespodziankę dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

sobota, 30 grudnia 2017

Jak to zrobić?




Autor: Kooshyar Karimi
Tytuł: Tajemnica Leili
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 376
Gatunek: autobiografia 








Koooshyar Karimi mógł prowadzić wygodne i zwyczajne życie jako lekarz. Postanowił jednak, wbrew prawu i obowiązującym nakazom, pomagać kobietom w przerywaniu ciąży. Ratując ich życie każdego dnia naraża swoje.

Lubię udawać się w czytelnicze podróże po krajach kulturalnie odmiennych, poznawać ich obyczajowość, tradycję, a przede wszystkim gromadzić wiedzę na temat warunków, w jakich żyją tamtejsze kobiety. Często podróże te mnie przytłaczają, sprawiają, że ciężko mi pogodzić się z faktami. Ale potrzeba ich odbywania zawsze okazuje się silniejsza. „Tajemnica Leili” to tytuł, który krążył mi po głowie od dawna, potrzebowałam jednak czasu, by odpowiednio się na tę lekturę nastroić.



To jedna z tych powieści, na które czas jednak nigdy nie jest odpowiedni. Przekonałam się o tym szybko, poznając już pierwsze strony. Bardzo dobrym pomysłem okazała się w tym przypadku dwutorowa, pierwszoosobowa narracja. Z jednej strony poznajemy kulisy pracy doktora Karimiego- lekarza, który pomaga kobietom, dokonując aborcji oraz odbudowując błony dziewicze, choć wie, że grozi mu za to kara śmierci. Z drugiej strony mamy możliwość wysłuchania historii tytułowej Leili, opowieści przykrej i niezwykle przytłaczającej. Połączenie tych dwóch historii, które obfitują w punkty wspólne, sprawia, że książka nabiera wielkiego ciężaru emocjonalnego, jaki wraz z lekturą przyjmujemy na swoje barki.

Bohaterzy tej powieści to ludzie, jakich dziś wydaje się być coraz mniej. Odważni, gotowi walczyć w obronie innych, zdeterminowani w realizacji celu i walce z systemem. Jestem pewna, że ktoś bez wahania nazwałby ich głupcami i być może biorąc pod uwagę realia, w których przyszło im żyć, nie byłoby to określenie przejaskrawione, ale ja potrafię i chcę ich zrozumieć. Obydwoje okazali się dla mnie postaciami szalenie inspirującymi, będącymi wzorami do naśladowania. Ani razu nie zdarzyło mi się pomyśleć, że podjęte przez nich decyzje są błędne, a wybory niewłaściwe, choć często niepozbawione konsekwencji.

Zagłębiając się w te historię czytelnik powinien być przygotowany, że to nie będzie przyjemna czytelnicza przygoda, że ta powieść nie dostarczy mu rozrywki. Nie, wręcz przeciwnie. To opowieść pouczająca i inspirująca, skłaniająca do refleksji, zmuszająca do wyborów i ujarzmienia własnej wyobraźni. Bo podczas lektury wielokrotnie nasuwają nam się nieprzyjemne refleksje, zadajemy sobie niepokojące pytania, a zdarza się, że i oczy mogą się zaszklić.

Ta powieść to także niezwykłe źródło wiedzy dotyczącej Iranu i obowiązujących w nim nakazów, szczególnie w przypadku kobiet. Choć nie spotkałam się z tym tematem po raz pierwszy, nigdy nie przestanie mnie to dziwić, a nawet szokować. Rygorystyczność ich przestrzegania, brutalność karania, wszechobecność w codziennym życiu sprawiają, że rzeczywistość irańskich kobiet jest bardzo smutna i ograniczona, nastawiona przede wszystkim (oprócz usługiwania mężom) na przestrzeganie zasad. Nigdy tego nie zrozumiem i nigdy nie zaakceptuję, niewątpliwie jednak lektura pozwala popatrzeć w inny sposób na to, co mamy. Docenić to i spokojnie odetchnąć.

To jedna z niezapomnianych książek. Autentyczna, realistyczna, prawdziwa. Do bólu. 

Za możliwość poznania powieści dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

piątek, 29 grudnia 2017

Zakazana historia




Autor: Jung Chang
Tytuł: Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 640
Gatunek: literatura faktu 






Trzy pokolenia chińskiej rodziny. I historia, wobec której nie sposób pozostać obojętnym.

„Dzikie łabędzie”, to jedna z tych powieści, jakich nie sposób zapomnieć. Jej treść jest tak barwna, bogata i przejmująca, że jeszcze na długo po zakończeniu lektury w głowie czytelnika kłębią się setki pytań i refleksji. Co jednak najważniejsze, książkowa historia zbudowana jest na prawdziwych wydarzeniach. Autorka stworzyła ją na postawie wspomnień swojej mamy, opierając się na wzmiankach usłyszanych w trakcie spotkań oraz widmach przeszłości uchwyconych na kasetach, które jej rodzicielka nagrała w celu rozprawienia się z przykrymi doświadczeniami.

Chang przedstawiła nam dzieje swojej rodziny- dziadków, rodziców, a następnie swoje. To historia trzech pokoleń, których życie w niepokojący sposób uzależniane było od chińskiej polityki, aktualnej władzy oraz kulturowo zakorzenionej tradycji. Najbardziej intrygowała mnie właśnie kultura. Zawsze cenię sobie powieści umożliwiające mi lepsze poznanie świata, zapewniające podróże po innych cywilizacjach, zagłębiające się w obyczajowość. W „Dzikich łabędziach” dopatrzyłam się takiej możliwości, dlatego za lekturę zabrałam się bardzo gorliwie i niecierpliwie.

Moją uwagę szczególnie zaprzątnęła pierwsza część książki, skupiająca się przede wszystkim na tak pożądanych przeze mnie zagadnieniach. Autorka szybko rozbudziła moją ciekawość opowiadając o zwyczaju podwiązywania chińskim kobietom stóp. By były mniejsze i zgrabniejsze. A łamanie kości, infekcje, problemy z chodzeniem nie stanowiły przecież dla nikogo problemu. Kolejną ciekawostką okazała się tradycja konkubinatu, wywołująca bardzo skrajne emocje i sprawiająca, że życie kobiet, które konkubinami miały okazję zostać, nigdy już nie było takie samo. O tym dziwacznych, choć niezwykle interesujących, obyczajach czytało mi się naprawdę dobrze, niestety potem zaczęły się schody, autorka bowiem niezwykle szczegółowo skupiła się na chińskiej polityce i zmieniającym się układzie dowodzących sił.

Rewolucja kulturalna to temat, który narzuca się sam, kiedy rozmowa toczy się wokół Chin. Nie dziwi więc, że i w powieści nie został on potraktowany marginalnie, a wręcz przeciwnie. Autorka szczerze i konkretnie, na podstawie przykładów z życia wziętych, opowiada w jaki sposób dotknął on jej rodziny, jak zupełnie niespodziewanie, z dnia na dzień, jej rodzice z szanowanych urzędników stali się zakałą społeczeństwa, zasługującą na kolejne ciężkie i niesprawiedliwe kary. Czytało mi się o tym bardzo ciężko, bo ciężko jest czytać o ludzkich krzywdach, niesłusznie wymierzanych sankcjach i środkach przymusu. Momentami powieściowe wydarzenia wydawały mi się absurdalne i nieprawdopodobne, nie mogłam uwierzyć, że takie rzeczy faktycznie miały miejsce.


„Dzikie łabędzie” to powieść ważna i cenna. To historyczne świadectwo, skarbnica wiedzy, a także podsumowanie sytuacji politycznej w Chinach. Ta książka jest w tym państwie zakazana, bo tam nie wolno mówić źle o tym, co ci się nie podoba, nie można narzekać na biedę, skarżyć się na decyzje podejmowane przez władzę. Tam zwyczajnie nie można być sobą. I o tym w dużej mierze jest ta powieść.





Chang napisała swą książkę z wielką skrupulatnością, niezwykle szczegółowo, zwracając uwagę na każdy drobiazg. W jej opowieści nie brakuje dat, komentarzy dotyczących zmieniającego się układu sił, precyzyjnych opisów dotyczących każdej dziedziny życia. Dzięki temu książka dostarcza czytelnikowi wiedzy, ale staje się trudniejsza w odbiorze. Zabierałam się do niej wielokrotnie, czytając na raz po kilka rozdziałów i robiąc przystanki na inne lektury. Z jednej strony bardzo mnie intrygowała, z drugiej dość mocno męczyła. Niemniej jednak cieszę się, że poświeciłam jej czas i otrzymałam możliwość, by spojrzeć na pewne sprawy inaczej.

Autorka tą powieścią bardzo mi zaimponowała. Poświęciła wiele czasu, maksymalnie się zaangażowała, spisanie tej historii uczyniła swoim priorytetem. Widać jej natchnienie, czuć zagłębienie w temat i wielką uczuciowość, która temu towarzyszyła. Wspaniale, że podjęła się tak trudnego zadania.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Sztukater.



czwartek, 28 grudnia 2017

ZAPOWIEDŹ WYDAWNICZA

Już za kilka tygodni, 17 stycznia, ukaże się najnowsza powieść Magdaleny Majcher. "Wszystkie pory uczuć. Zima" to druga część cyklu, którego tematyka opiera się na samym życiu. 



Serdecznie zachęcam Was do lektury, a już teraz swój egzemplarz możecie zamówić przedpremierowo na stronie Empiku. 

Być albo nie być




Autor: Teresa Torańska
Tytuł: Trzy rozmowy Teresy Torańskiej
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 216
Gatunek: literatura faktu








Rozmowy z ocalonymi. Ale chyba nie do końca o ocaleniu.

Od bardzo dawna nie miałam takiego problemu z przelaniem swych myśli na papier. Po części wiąże się to na pewno z tematem książki, choć w głównej mierze raczej o fakt, że publikacja pani Torańskiej nie przypadła mi do gustu. Nie mogę powiedzieć, by była to książka zła, szczególnie biorąc pod uwagę poruszane w niej zagadnienia, ale momentami, podczas lektury, czułam się rozdrażniona i jakby nieco oszukana.

Tym, co szczególnie mnie uwierało w „Śmierci…”, jest sposób, w jaki Torańska prowadziła dialogi ze swoimi rozmówcami. Wiele razy odniosłam wrażenie, że autorka z nimi igra, wodzi ich za nos, próbuje zirytować. To wszystko opatulone było dziwną naiwnością. Zdawała się nie do końca przygotowana, by nie powiedzieć niekompetentna. By za chwilę zaskoczyć jakimś istotnym szczegółem, udowodnić, że tę wiedzę posiada, by odmienić przebieg tej rozmowy. Nie rozumiałam, czemu służyły te zabiegi. Po co takie wzloty i upadki. Miałam duży problem z jej stylem, czasami zastanawiając się, ile jej zasługi faktycznie jest w zdobywaniu informacji od rozmówców, a ile ich chęci podzielenia się uczuciami i wspomnieniami.

Nie podobało mi się, w jaki sposób Torańska zmieniała bieg rozmowy, ucinając je w momentach, które były dla mnie interesujące, schodząc na tematy nie w moim guście. Nie, naprawdę, nie rozumiem i nie akceptuję. Rzadko czytam wywiady i może ta specyfika nie do końca do mnie przemawia, za to bardzo dobrze pamiętam i bardzo ciepło wspominam rozmowę Michała Wójcika z Zofią Posmysz („Królestwo za mgłą”). Zbiór pytań i odpowiedzi również dotyczących przecież tematu ocalenia z zagłady, a jednak tak zajmujących i zapadających w czytelniczą pamięć.

Miałam świadomość, że to nie jest książka, z której dowiem się więcej o życiu w obozie. Że prawdopodobnie nie poznam więcej statystyk, nie cofnę się do wojennych realiów. A jednak zwyczajnie nie poczułam tego klimatu. Najciekawsze okazała się dla mnie część pierwsza, w której rozmówca pani Torańskiej opowiada, w jaki sposób udało mu się wielokrotnie umykać rękom oprawców, o ludziach, którzy mu pomogli, o zbiegach okoliczności i drobiazgach decydujących o być i nie być.



Nie mogę natomiast przyczepić się do wyboru bohaterów tych spotkań. Mężczyzn intrygujących, odważnych, inteligentnych. Podczas tych rozmów padło wiele mądrych słów, nasunęło się sporo refleksji, pewne sprawy zyskały nowe oblicze.

Mam czasami potrzebę sięgnąć po literaturą dotyczącą wojny i obozów. Zazwyczaj przyjmuję ją bez większych zastrzeżeń, bo doszukiwanie się problemów w takich książkach byłoby pewnym okrucieństwem. Niestety ta książka mnie zmęczyła, ten dobór tematów nie okazał się dla mnie specjalnie interesujący i korzystny, nie zrozumiałam tła tych opowieści. Nie poczułam tego.


środa, 27 grudnia 2017

Matka i córka




Autor: Cathy LaGrow
Tytuł: Czekałam na ciebie
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 352
Gatunek: biografia 








Jak oddać własne dziecko w ręce obcych ludzi?

Jak patrzeć w lustro ze świadomością, że gdzieś tam żyje ktoś tak podobny, ktoś komu to ty dałeś nowe życie?

Jak przeżyć życie nie wiedząc co się z nim dzieje?

To tylko kilka pytań, na które odpowiedzi próbowałam znaleźć w tej książce. Od początku zdawałam sobie sprawę, ze lektura ta będzie wzruszająca, smutna i szalenie prawdziwa. Bo wydarzenia w niej opisywane miały miejsce naprawdę. Kolejne rozdziały zostały napisane przez samo życie.




„Czekałam na Ciebie” to historia matki, która straciła to, co było dla niej najcenniejsze- córeczkę. Dziecko, które przyszło na świat w wyniku gwałtu, a jednak obdarzone zostało miłością, jakiej nie sposób opisać słowami. Historia Minki to dzieje kogoś, kogo życie naznaczone zostało tą tragedią i kogoś, kto nigdy nie zapomniał. Byłam wstrząśnięta i wzruszona czytając, jak trudno było pogodzić się tej kobiecie z tą rozłąką. Mówi się, że czas leczy rany. Tylko czy w każdym przypadku? Zawsze?









Jej ran nie wyleczył. Pytała. Czekała. Szukała. Próbowała dowiedzieć się czegoś na własna rękę. Wciąż żyjąc z poczuciem winy, zadręczając się niewiedzą i pytaniami, które drążyły serce, pozostawiając w nim dziurę, jakiej nie sposób było niczym wypełnić. Mijały lata, a ona nie zapomniała i nie pogodziła się ze stratą. Temat relacji łączących matki i córki nie jest w literaturze rzadkim czy nadzwyczajnym. Sama spotkałam się z nim wielokrotnie, ale tym razem naprawdę mnie zaszokował. To niesamowite jak silna więź może łączyć rodzicielkę z jej potomstwem. To coś, co trzeba przeżyć, by zrozumieć.

Na kartach powieści poznajemy historię życia Minki, kolejne urodziny, przeprowadzki, miłości, czy dzieci. A jednak nic nie było w stanie zmniejszyć jej bólu i żalu. Poraziła mnie życiowość tej historii. Uczucia, którymi zapisano tę powieść dawały o sobie znać bardzo mocno. Na każdym etapie lektury czułam smutek, melancholię i chęć powrotu do tego, co było. Pragnienie zobaczenia ponownie córki przez matkę obezwładniało i zaskakiwało swą siłą. Niezależnie od upływu czasu, od mijających kolejno 77 lat...



Podoba mi się, że w książce zostały pokazane losy i matki i córki. Matka tęskniła za tym, co straciła. A córka? Czy jej życie było takie kolorowe? Lubię historie prawdziwe, interesuję się literaturą faktu, ale tej opowieści nie można tak po prostu przypisać do tego nurtu. Powieść przedstawia bowiem samo życie w jego najróżniejszych odcieniach. Łzy smutku i radości. Miłość, tęsknotę, żal, niesprawiedliwość.



Książkę napisano bardzo przystępnym językiem. Mimo trudnego tematu czyta się ją dobrze i możliwie szybko. Czasami hamują nas emocje, wymagają by zrobić sobie krótką przerwę od lektury. Ale wracamy, bo rozpiera ciekawość, jak skończy się ta historia, zastanawia, czy błędy uda się naprawić.

Cieszę się, że poświęciłam swój czas tej pozycji. Tkwi w niej wiele silnych uczuć, życiowej prawdy, ludzkiego doświadczenia. A także motywacji. By podążać za marzeniami. By czerpać siłę z porażek i błędów. By nigdy się nie poddawać. 

wtorek, 26 grudnia 2017

Jak tu żyć?




Autor: Suki Kim
Tytuł: Pozdrowienia z Korei
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 336
Gatunek: literatura faktu 








Suki Kim dostała się do Korei Północnej w konkretnym celu. I nie była to bynajmniej chęć szerzenia wiary chrześcijańskiej, jak sądzili pozostali misjonarze, z którymi przyjechała. Ona chciała nieco więcej zobaczyć, przekonać się o tym, co słyszała, a swoje doświadczenia przekazać dalej, licząc na to, że może kiedyś coś się zmieni.



„Pozdrowienia z Korei” to drobiazgowy zapis kilku miesięcy, które autorka spędziła w Korei Północnej, ucząc młodych przedstawicieli państwowych elit języka angielskiego. Jej notatki są niezwykle szczere, przepełnione osobistymi refleksjami. Kim pisze prosto, na temat, a poruszane przez nią tematy przedstawione zostały ciekawie i rzeczowo.





Każdy z nas co nieco na temat Korei Północnej wie. Mamy świadomość, że nie jest to życie godne pozazdroszczenia, zupełnie inne od tego prowadzonego przez nas. Nie zmienia to jednak faktu, że temat ten wciąż na nowo mnie zaskakuje, bo cały czas ciężko mi uwierzyć, że gdzieś na świecie ludzie żyją w taki sposób. Albo po prostu, mówiąc wprost, posiadają swój własny zupełnie odrębny, odizolowany świat.

Kim pokazuje, jak głęboko sięga niewiedza mieszkańców, którym wpaja się, że są we wszystkim najlepsi, a światu nie mają czego zazdrościć. Ta niewiedza często idzie w parze z zacofaniem obecnym w różnych dziedzinach życia i z całkowitą kontrolą, na jaką siłą rzeczy każdy z nich się zgadza. To naprawdę niesamowite, w jaki sposób ci ludzie oszukują sami siebie, w każdej sytuacji doszukując się troski i miłości przywódcy, a tymczasem mając tak naprawdę bardzo niewiele.



Nie posiadają komórek.
Zamiast Internetu mają ograniczony intranet.
Pełnią przymusowe warty.
Za darmo wykonują prace fizyczne.
Państwo wybiera im zawód i kieruje ich życiem.

To wyłącznie kilka podstawowych zasad. Bo ich życiem rządzi wciąż więcej i więcej. A jednak każdy dzień zaczynają z uśmiechem. Bo muszą? Kim przytacza kilka sytuacji, kiedy któremuś ze studentów coś się wymsknęło, kiedy pozwolił sobie na krytykę systemu, kiedy zrozumiał, że coś jest nie w porządku. Świetnie, ale przecież on nie ma żadnego wyboru. Z tego kraju nie można tak po prostu wyjechać czy uciec.

Autorka wielokrotnie podkreśla różnego rodzaju państwowe paradoksy, doszukując się problemów, z jakimi zmagają się mieszkańcy. Wśród samych studentów takich dziwnych sytuacji pojawiło się sporo. I o tym oraz o jej rozwijającej się z uczniami relacji czyta się naprawdę przyjemnie. O przyjaźni i zaufaniu, które jednak są ograniczone i niszczone przez system. O systemie funkcjonującym naprawdę dobrze- każąc, wymagając, inwigilując. To miejsce, gdzie nie ma miejsca na anonimowość, nieposłuszeństwo, własne zasady czy wybory.

Można by powiedzieć, że Kim nie przekazała nam nic nowego, bo juz o tym słyszeliśmy i z tych rzeczy zadawaliśmy sobie sprawę. A jednak podjęła się realizacji ciekawego projektu, interesująco go opisała, zaryzykowała, by wydać tę książkę. Myślę, że warto.


poniedziałek, 25 grudnia 2017

Opowieści z życia wzięte





Autor: Marek Tomalik
Tytuł: U ludzi
Wydawnictwo: Burda Książki
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 316
Gatunek: literatura podróżnicza








„U ludzi” to zbiór krótkich, choć bogatych w treści opowieści. I dodać trzeba, że opowieści jak najbardziej niezwykłych, bo o ludziach, których życie i kultura tak bardzo różnią się od naszej.

Książek podróżniczych powstało już sporo, ale ta jest nieco inna. Może po części ze względu na to niecodzienne połączenie krótkich historii. Każdy rozdział składa się z kilkunastu stron dotyczących nowego wątku, a na dodatek zostały one urozmaicone zdjęciami. Nie jestem jednak pewna, że czy ta długość to wada czy zaleta. Z jednej strony, takie rozdziały umożliwiają czytelnikowi swobodę czytania, możliwość odłożenia książki na półkę, bez martwienia się, ile stron zostało do końca wątku. Z drugiej zaś można poczuć niedosyt. Momentami miałam wrażenie, że tych informacji, opisów, wspomnień powinno być więcej, że skracając w ten sposób, Tomalik coś mi odebrał, a może coś uprościł.

Mam wrażenie, że autor powieści dotarł w swoich poszukiwaniach do zakątków, do których zapuszcza się niewielu, wielokrotnie zahaczając o krańce świata. Wybierane przez niego miejsca tchną egzotyką i zdecydowanie opierają się pojęciu banału. Nie przypominam sobie, żebym wcześniej czytała np. o wielorybniczych wioskach. Tomalik natomiast znalazł chęć, czas i pieniądze, by na te końce świata się dostać. I opowiedzieć o żyjących tam ludziach, ich zwyczajach, tradycjach przechodzących z pokolenia na pokolenie.

Tacy ludzie bardzo mi imponują, swoją ciekawością świata i premedytacją w dążeniu do celu, a także chęcią podzielenia się swą wiedzą i doświadczeniem. Bardzo chciałabym poznać inny świat i inne kultury, a dopóki nie mam innej możliwości, z przyjemnością oddaję się takim lekturom. Choć, jak wspomniałam, opisy miejsc i ludzi są w książce dość ogólne, to jednak poczułam, że Tomalikiem kierowała ciekawość, że on faktycznie z tymi ludźmi przez chwilę nie tyle był, co żył, rezygnując ze znanych sobie reguł na rzecz tych obowiązujących tam na miejscu.

Ta książka to wycinki z życia ludzi tak innych od nas. Zarówno tych, którzy w inny sposób zostali wychowani i gdzie indziej się urodzili, ale również takich, którzy dokonali wyboru. Autor w umiejętny i satysfakcjonujący sposób łączy codzienne zwyczaje miejscowych, ich sposoby na życie, pomysły na siebie, relacje z innymi, a to wszystko uzupełnione zostało odrobiną historii, dat, źródłowych informacji.

Czyta się lekko i szybko. Nie tylko za sprawą krótkich rozdziałów, ale także sympatycznego, bardzo swobodnego stylu autora. Można by odnieść wrażenie, że to opowieści, które snuje w gronie znajomych czy rodziny, świetnie się przy tym bawiąc.



Koniecznie muszę też wspomnieć o wydaniu tej książki. Miałam już przyjemność przekonać się, że powieści wydawanych przez National Geographic nie można porównać z żadnymi innymi. Przepiękne okładki, kredowy papier, chwytające za serce fotografie. Tym razem nie mogło być inaczej. „U ludzi” to wartościowa lektura w pięknej oprawie.






Nie żałuję czasu, który poświęciłam tej powieści. Chętnie podążałam za autorem śladem jego wspomnień, poświęcałam czas refleksjom nad świetnie dobranymi cytatami, przyglądałam się opublikowanym fotografiom, a przede wszystkim zastanawiałam, jak wyglądałyby moje podróże w tamte miejsca. Na razie tylko podziwiam i szczerze zazdroszczę. Po cichu liczę jednak na to, że ja również dostanę szansę te zakamarki odwiedzić, a wtedy być może powrócę do tej książki w charakterze przewodnika.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Sztukater.


sobota, 23 grudnia 2017

Przecież wciąż są ludźmi




Autor: Ewelina Rubinstein
Tytuł: Niczyj
Wydawnictwo: Psychoskok
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 200
Gatunek: literatura faktu 







Uwielbiam literaturę faktu i sięgam po nią coraz częściej. Książka Eweliny Rubinstein kojarzyła mi się z możliwością poszerzenia wiedzy i spojrzenia inaczej na temat, którego wcześniej nie miałam okazji bardziej zgłębić- bezdomności. To jedna z kwestii niewygodnych, coś, nad czym nie zastanawiamy się na co dzień, nie do końca zdajemy sobie sprawę, z czego ona wynika. Zwłaszcza, kiedy w żaden sposób nas ona nie dotyczy. Kiedy możemy się po prostu od tego tematu odciąć.

Rubinstein stworzyła swój reportaż w oparciu o rozmowy z bezdomnymi z czterech województw. Wśród jej rozmówców znaleźli się zarówno mężczyźni, jak i kobiety, w różnym wieku i na różnych etapach życia. Każdy z nich podzielił się z nią swoją historią. Po kawałku, na tyle, na ile miał chęć i ile zdołał. Jedni mówili chętniej, inni niekoniecznie. Niektórym wystarczyła możliwość podzielenia się swoimi uczuciami, niektórym kilka piw. Niewątpliwie jednak każda z tych historii zastanawia, skłania do refleksji, niepokoi, budzi różnorodne i silne emocje.

Autorka książki poskładała te opowieści, łącząc fragmenty w spójną i zaskakującą całość. Czyta się powoli, bo nie jest to przyjemny temat. Śledzimy losy ludzi, którym nie wyszło, którzy przegrali z systemem, którzy zostali pominięci przez rodzinę, zwyczajnie się poddali. Ich historie są przeróżne, ciężko również doszukać się dwojga podobnych bohaterów. Każdy z nich żyje po swojemu, ma inne problemy, podjął inne decyzje. Nie można doszukiwać się między nimi podobieństw, jednoznacznie ich oceniać, zwłaszcza, że nic o nich nie wiemy. 

Odniosłam wrażenie, że Rubinstein próbuje znaleźć odpowiedni na pytania, których my nawet nie próbujemy zadać. Ani sobie ani bezdomnym. Co wydarzyło się w ich życiu, że znaleźli się w takim miejscu? Jakie decyzje do tego doprowadziły? Kim byli wcześniej? Czy nie ma już dla nich odwrotu? Ona nie boi się pytać. Odnosi się do tych ludzi z szacunkiem, traktuje ich na równi, widzi i słyszy. Nie boi się pobrudzić, zniesmaczyć, choć na krótką chwilę staje się jedną z nich, pomaga- choćby poprzez rozmowę. Nie pozostaje obojętna. I to z pewnością zasługuje na uznanie, na podziw, ciepłe słowo. Bo wykazała się odwagą, jakiej nam czasami (często) brakuje.

Kilka razy podczas lektury poczułam się szczerze zdziwiona. Przede wszystkim uświadamiając sobie, że moje wyobrażenia na temat bezdomności w pewnym stopniu rozmijają się z rzeczywistością. Rubinstein dotarła do ludzi, którzy nie mają domu, ale mają wykształcenie, uwielbiają literaturę, są bystrzy i mądrzy, nie piją. Spędziła czas z kobietami, które mogąc ją o coś poprosić, pragnęły otrzymać jedynie środki higieniczne, nie pytały nawet o chleb. Dzięki niej uświadomiłam sobie, że ci ludzie także mają godność i swoje prawa. Wciąż pozostają przecież ludźmi.

Tak, jak wspomniałam nie czyta się lekko, bo nie jest to przyjemna lektura. Ale ważna, potrzebna, zapadająca w pamięć.

To cenna lekcja dla czytelników. Nie powiem, by była to lektura idealna, uważam, że niektóre informacje zostały w niej umieszczone zupełnie niepotrzebnie, jednak nie jest to duży problem. Nie w przypadku mierzenia się z takim tematem. Przede wszystkim jestem autorce wdzięczna. 

Za możliwość poznania tego tytułu dziękuję portalowi Sztukater.



piątek, 15 grudnia 2017

Ocalony




Autor: Walter Spitzer
Tytuł: Uratowany rysunkami
Wydawnictwo: Od deski do deski
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 235
Gatunek: autobiografia 







Odkąd pamiętam wychodzę z założenia, że warto sięgać po powieści dotyczące Holocaustu. Stanowią one niezwykłe świadectwo historyczne, pozwalają nam uzupełnić wiedzę. Uważam, że trzeba wiedzieć i trzeba pamiętać, z szacunku dla tych, których to spotkało.

Walter Spitzer z wielką szczerością opowiada czytelnikowi o swoim życiu. Historię rozpoczyna kilkoma szczegółami na temat dzieciństwa, by płynnie przejść do młodości w getcie i rzeczywistości obozowej. Mimo że czytałam już sporo pozycji dotyczących zagłady ludności żydowskiej, te teksty wciąż budzą we mnie żywe emocje, zwłaszcza, gdy tak, jak w tym przypadku relacja odbywa się w formie pierwszoosobowej. Nadaje to historii charakter niezwykle osobisty, mocniej działa na wyobraźnię, bardziej porusza.


Autor powieści w wyniku zagłady stracił całą rodzinę. Co więcej- do obozu trafił jako nastolatek. Młody człowiek, bez bliskich, sam na sam z całym okrucieństwem, zmuszony do radzenia sobie po swojemu i dorastania w takich okolicznościach. I tę zmianę również widać, to przejście z chłopięcej niewinności do wymuszonej dojrzałości.

Walter bardzo osobiście i drobiazgowo opowiada o tym procesie dorastania, dając nam do zrozumienia, że choć zmienił się świat i całe jego życie on wciąż był młodym mężczyzną. Choć walka o życie i konieczność zdobycia pożywienia znajdowały się na pierwszym planie, on wciąż czuł, widział, przeżywał. Poznał smak pocałunku, pierwszą miłość. Nie ukrywa tego, wręcz przeciwnie, podkreśla, że wojna wyostrza uczucia, sprawia, że człowiek pragnie poczuć jeszcze bardziej i mocniej.



Nigdy nie czytałam świadectwa napisanego przez kogoś takiego jak Walter, bo nigdy nie spotkałam się z osobą, która mogłaby zyskać wykorzystując swoje umiejętności. On potrafił przepięknie rysować, marzył, by zostać artystą. Tworzenie portretów pozwalało mu zdobyć nieco więcej pożywienia, zyskanie nieco lepszych warunków, delikatnych przywilejów. Ale każdy medal ma dwie strony. Ta „obozowa sztuka” została z nim na zawsze. Już zawsze jego życie i jego zdolności opierały się na wspomnieniach i obrazach pojawiających się przed oczami, kiedy je zamykał.




Bo nie da się tak po prostu zapomnieć i się odciąć. Epilog umożliwia przekonanie się, co stało się z autorem książki po wojnie. Jak pobyt w obozie wpłynął na jego życie i jak ciężko było mu wrócić do normalności, a może raczej pozornej normalności.







Nie czyta się łatwo, bo nie można bez emocji zgłębiać takiego tematu. Taka lektura wymaga zaczerpnięcia oddechu, zrobienia sobie kilku przystanków. Ale warta jest poznania i zapamiętania. Czuję głęboką wdzięczność do autora za to, że spisał swoje wspomnienia oraz uzupełnił je zdjęciami rysunkami. 

Za możliwość poznania historii Waltera dziękuję Wydawnictwu Od deski do deski.


środa, 13 grudnia 2017

Wszystko na raz



Autor: Jandy Nelson
Tytuł: Niebo jest wszędzie
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 368
Gatunek: literatura młodzieżowa






Lennie straciła ukochaną siostrę i choć ma wrażenie, że czas się zatrzymał, to życie płynie swoim rytmem i swoim torem. Czy może w tym samym czasie przeżywać żałobę i pierwsza miłość?

Bardzo ciepło wspominam lekturę powieści „Oddam Ci słońce”, w mojej opinii wpisującej się w krąg wartościowych i wzruszających młodzieżówek, które warto poznać, bo wcale tak dużo znowu ich nie ma. Ciepłe wspomnienia wpłynęły na wieli apetyt i nieposkromioną ciekawość i już tylko krok dzielił mnie od poznania kolejnego  tytułu tej autorki. A jak było tym razem?

„Niebo jest wszędzie” to intrygujące połączenie tematów ważnych z tymi lekkimi, choć przez to wcale niemniej istotnymi. To spojrzenie na kwestie uniwersalne oczami bohaterów w różnym wieku. A przede wszystkim to opowieść dająca do myślenia, skłaniająca do refleksji i poruszająca różne nuty w sercach czytelników. Z jednej strony czytamy bowiem o stracie ukochanej osoby, a z drugiej obserwujemy zmagania z życiem zagubionej nastolatki. Mogłoby się wydawać, że takie połączenie jest ryzykowne. I w tym określeniu wcale nie byłoby przesady. Moim zdaniem Nelson ustawiła sobie poprzeczkę wysoko, ale świetnie sobie poradziła.

Główna bohaterka straciła ukochaną siostrę, a z taką stratą zawsze niezwykle trudno się pogodzić. I autorce bardzo dobrze udało się pokazać ciężar żałoby, ból utraty, chęć rozpamiętywania i próby zrozumienia. Ale życie toczy się dalej, a ludzie nie pozostają w tyle. Lennie ma zaledwie 17 lat, w przed sobą tak wiele, w tym pierwszą miłość. I w tym miejscu nasuwają mi się pytania oczywiste- jak pogodzić ten ból z rodzącym się w sercu uczuciem? Jak znaleźć miejsca dla tak różnych emocji? Czy grozi to katastrofą? Owszem. Takich katastrof w tej powieści pojawia się mnóstwo, jedne wzbudzają w czytelniku żal, inne wywołują uśmiech. Niezmiennie jednak pojawia się wiele uczuć, mnogość refleksji, trochę wspomnień.

Nelson łączy tematy z niezwykłym wyczuciem. Operuje emocjami z zaskakującą łatwością i precyzją, łącząc kwestie ryzykowne, a przy tym pokazując, że tak właśnie bywa w prawdziwym życiu, które wielokrotnie nas zaskakuje, powala na łopatki, rzuca kłody pod nogi, ale również daje szansę na szczęście. A szkoda by było z niej nie skorzystać. Powieści młodzieżowe są nieco specyficzne, wydają się łagodniejsze w przekazie, czasami nieco trywialne ze względu na osadzenie akcji w świecie nastolatków. Czy w tym przypadku było tak samo? Trochę ciężko mi odpowiedzieć. Rzeczywiście ten młodzieżowy klimat nieco jakby uspokajał akcję, sprowadzał ją na inne tory. Ale ciężar tematyki nie wydawał się przez to słabnąć.

Zawsze obawiam się, że w tych powieściach o nastolatkach utonę w pierwszej miłości i przyjdzie mi zmierzyć się z zauroczeniami, zerwaniami, błahymi kłótniami. Lubię młodzieżówki, zawsze jednak odczuwam żal, gdy tematy te wysuwają się na pierwszy plan. „Niebo jest wszędzie” to w dużej części opowieść o pierwszej miłości. Szczerze mówiąc w którymś momencie poczułam delikatny przesyt, stwierdziłam, że chyba jednak tego trochę za dużo. Uczciwie jednak trzeba Nelson przyznać, że zawarła w tej tematyce dużo ciepła, uroku, a nawet magii.

Bohaterzy powieści zostali zarysowani bardzo wyraziście. Podczas lektury wywołują wiele emocji, sprawiając, że nie potrafimy pozostać wobec nich obojętnym. Co więcej, ciężko nie poczuć do nich sympatii. Naprawdę, dawno nie czytałam książki, w której opowieść zbudowana by została wokół tylu sympatycznych postaci. Nikt mnie nie drażnił i nie irytował. Nikogo nie miałam chęci wyciąć.

Autorka pisze bardzo lekko, a krótkie rozdziały i młodzieżowa stylizacja sprawiają, że książkę czyta się w błyskawicznym tempie. Sięgając po nią liczyłam przede wszystkim na odpowiednią lekturę na spokojny weekend. I taka rzeczywiście była, jednak ciężar emocjonalny nieco mnie zaskoczył. Na plus oczywiście.