czwartek, 30 listopada 2017

LISTOPAD NA ZDJĘCIACH

Listopad upłynął mi niezwykle szybko. Krótkie dni i długie wieczory sprzyjały pochłanianiu kolejnych książek. A i lektury trafiły mi się zacne :)



A jaki był Wasz listopad?



poniedziałek, 27 listopada 2017

W rękach potwora




Autor: Jacek Ostrowski
Tytuł: Ostatnia wizyta
Wydawnictwo: Od deski do deski
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 300
Gatunek: literatura faktu







Prowadziła zupełnie normalne życie. Nie wspominała przeszłości. Cieszyła się szacunkiem. Doceniała ludzką przyjaźń. A potem nieoczekiwanie zniknęła. Chciała pomóc, a skończyło się to dla niej tragicznie. Bo trafiła na potwora.


Po książkowe serie sięgam rzadko, a jeszcze rzadziej z ich lektur czerpię satysfakcję. Niedawno jednak trafiłam na taką, którą poznać chcę od deski do deski, a mianowicie cykl historii opartych na faktach. Przekonałam się już, że autorzy poszczególnych książek, które się do niej zaliczają, opowiadają swoje historie w oparciu o sumiennie zdobytą wiedzę, dostępne materiały archiwistyczne, rozmowy z ludźmi w te opowieści zaangażowanymi. Przyszedł czas na „Ostatnią wizytę”.



Od pierwszych stron Ostrowski przekonał mnie kreacją głównego bohatera. Dawno nie miałam do czynienia z tak antypatyczną, wrogą i brutalną postacią. Mam świadomość, że stworzenie kogoś takiego nie należy do łatwych zadań, zwłaszcza, gdy pamiętać trzeba o faktycznych wydarzeniach, w których miała ona swój udział, a idzie za tym potrzeba wyobrażenia sobie tych koszmarów, próba utożsamienia się. Istnienie takich ludzi zawsze przyprawia o dreszcze, więc i tym razem nie mogło być inaczej.

Kolejne rozdziały obfitują w smutne i zaskakujące wydarzenia, rozpoczynając od szantaży u wyłudzeń, a na przemocy i pozbawianiu życia kończąc. Ostrowski z niebywałą wnikliwością przedstawia życie Zbigniewa Pielacha, w bardzo realistyczny sposób opowiadając o jego podłych uczynkach, kiepskich wyborach, mrokach przeszłości i decyzjach, które położyły się cieniem na jego życiu. Poznając takiego bohatera świetnie zdajemy sobie sprawę, na jak wiele go stać, czekamy, aż odkryje pozostałe karty, wiemy, że to jeszcze nie koniec.

Autor prezentuje nam zaskakującą mieszanka niecnych postępków w niewiarygodny sposób rzutujących na życie bohatera i jego rodziny. Każdy rozdział pobudza wyobraźnię, wprowadza napięcie, sprawia, że czekamy na więcej. Bo zbliżanie się punktu kulminacyjnego w pewnym momencie staje się oczywistością. Pielach bardzo długo balansował na krawędzi, unikał odpowiedzialności, mieszał w swoje sprawki innych ludzi i wykorzystywał koneksje. Nie można w ten sposób żyć wiecznie. Aż przyszedł ten dzień, gdy los się od niego odwrócił.

Ostrowski bierze na tapetę wydarzenie, którym wiele lat temu żyła cała Polska. Opowiada o porwaniu i o tym, że człowiek może z dnia na dzień tak po prostu zniknąć bez śladu za sprawą okrucieństwa i brutalności, a także konsekwencji wyborów, na które nie miał wpływu. Autor analizuje, pyta, sprawdza, wykorzystuje źródła, opiera się na potwierdzonych informacjach. Czerpie ze scenariusza napisanego przez życie i wykreowanego przez ludzi. A tłem dla książkowych wydarzeń ustanawia czasy, zupełnie inne od dzisiejszych, choć o tej przeszłości i historycznych zaszłościach nie sposób zapomnieć.

Autor pisze ciekawie, a w tekście czuć zainteresowanie tematem, głębokie przygotowanie i umiejętność docierania do prawdy. Czyta się dobrze, szybko, niecierpliwie. Choć razi brutalność, zaskakuje okrucieństwo, to realizm i prawdziwość tej historii magnetycznie przyciągają i nie pozwalają zapomnieć.

Bez wątpienia Ostrowski poświęcił tej książce dużo czasu i dużo siebie. Głęboko wniknął w powieściowe wydarzenia, stając się nie tylko narratorem, ale w pewien sposób również ich świadkiem. 

Za przesłanie powieści do recenzji dziękuję Wydawnictwu Od deski do deski.

niedziela, 26 listopada 2017

W strugach deszczu




Autor: Jolanta Knitter- Zakrzewska
Tytuł: Deszczowa kołysanka
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 260
Gatunek: kryminał, literatura współczesna 







Bardzo lubię kryminały, a jesienny chłód sprawia, że sięgam po nie z jeszcze większą przyjemnością. To jeden z moich ulubionych gatunków, dlatego też wymagania, które im stawiam są większe, niż w przypadku innych powieści. Zawsze liczę na to, że autor mnie zaskoczy zarówno kryminalną zagadką, jak i nieszablonową postacią detektywa. Czy tak było w przypadku „Deszczowej kołysanki”?

Jolanta Knitter- Zakrzewska napisała swoją powieść lekkim językiem. Kolejne strony dowodzą, że autorka snuje opowieść z dużą dozą swobody. Widać, że pisanie sprawia jej wiele przyjemności, a przelewanie na papier stworzonych w wyobraźni historii, przychodzi jej bez większego trudu. Kryminały często wiążą się z dość ciężkim stylem, co wynika zarówno z trudnego charakteru prowadzonych śledztw, jak i mrocznej otoczki im towarzyszącej. Jednak w tym przypadku autorce zdecydowanie udało się tego uniknąć. Powieść napisana została możliwie lekko, czyta się ją dobrze, język nie jest przesadnie wyszukany. A jednak co jakiś czas Zakrzewska zaskakiwała mnie jakąś mądrością, ładnym i przyjemnym cytatem, melancholijną refleksją.

Na plus zaliczyłabym autorce również kreację głównego bohatera. Daniel Grot to mężczyzna z przeszłością. Co więcej, jego przeszłość w niebagatelny sposób wpływa na jego teraźniejszość, można by nawet powiedzieć, że w dużym stopniu nią kieruje, wpływając na podejmowane przez niego decyzje i wybory. Bez wątpienia jest to jednak postać pozytywna i intrygująca, choć momentami mogłaby wywoływać u czytelnika mieszane uczucia. Daniel to detektyw oddany swej pracy, skupiony na rozwiązywaniu kryminalnych zagadek, uraczony mrocznymi smaczkami i poszukiwaniem winnych. Te cechy bardzo mi się w nim podobały, choć jak na mój gust zbyt mocno żyje przeszłością, a powroty do niej trochę mnie zmęczyły.

Nieco jednak rozczarowały mnie te wątki kryminalne, stanowiące przecież podstawę tej powieści. Moim zdaniem nie były przesadnie wyszukane i nie zaintrygowały mnie zbytnio. Historie choć ciekawe, prowadziły do szybkich rozwiązań. W moim mniemaniu były zbyt proste, a nawet trochę schematyczne. Przede wszystkim jednak problem stanowiła dla mnie ich długość. Kiedy zaczynałam się angażować, a kolejne szczegóły wzbudzały moje zainteresowanie, sprawa nagle dobiegała końca. Autorka szybko ją kończyła, by przejść do kolejnej równie krótkiej historii. Nie mogę Zakrzewskiej winić, że postanowiła oprzeć swą powieść na takich fragmentach, że jej historia składa się z kilku krótkich opowiadań. Bo może rzeczywiście w tym czuje się lepiej i to lepiej jej wychodzi, a jednak poczułam dzięki temu pewien niedosyt. Zdecydowanie taka forma mnie nie przekonała.  

Nie jestem właściwie pewna, czy rzeczywiście można tę książkę nazwać kryminałem. Nie brakuje w niej morderstw, a ich sprawcy zajmują istotne miejsce, a jednak autorka złagodziła te historie za sprawą obyczajowych tonów i sporej dawki refleksji. Główny bohater z wielką przyjemnością nurza się w swej smutnej przeszłości, a równolegle pojawiają się znane i popularne wątki, jak miłość, przyjaźń, zdrada, religia. Z jednej strony stanowią one świetne uzupełnienie głównych tematów, będąc wdzięcznymi towarzyszami zbrodni. Z drugiej jednak tę akcję powieści łagodzą, nieco zwalniają, skłaniają do pewnych refleksji.



„Deszczowa kołysanka” to książka odpowiednia na jeden wieczór. Napisana lekko i z wyczuciem, w pewien sposób wpływająca na nasze postrzeganie świata, przywołująca przeszłość. Moim zdaniem nie jest to jednak powieść dla osób lubiących mroczne historie, bo prawdopodobnie jedynie rozbudzi ich apetyt, tak jak było w moim przypadku. 





Za przesłanie książki do recenzji dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 24 listopada 2017

Twoje Potem




Autor: Ireneusz Morawski, Mariola Pryzwan
Tytuł: Tylko mnie pogłaszcz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 240








„Tylko mnie pogłaszcz” to kolekcja listów, które niewidomy literat, Ireneusz Morawski, napisał do chorej na serce poetki, Haliny Poświatowskiej. Wymiana korespondencji między nimi trwała kilka lat i w najbardziej intymny i ujmujący sposób pokazywała, w jaki sposób zmieniały się ich uczucia.


Wydanie tych listów było jednym z wielkich marzeń poetki oraz gorzkim rozczarowaniem ze względu na odmowę adresata. Dopiero 50 lat po jej śmierci udało się opublikować te utwory. Nie bez powodu określiłam w ten sposób listy Morawskiego, korespondencja nie należała bowiem do zwyczajnych. Literat pisał przelewając na kolejne strony ogrom emocji, uczuć, refleksji oraz obserwacji płynących z obcowania z otaczającym go światem.




„Kiedy się ockniesz, będziesz miała ręce zdziwione i włosy, będę Cię szeptem głaskał, nawracał, wszystko, jak lubisz. Odpuść mi moje liryczne winy i wszystkie myśli niewesołe”.

Lawirował między tematami, wielokrotnie zbaczał z jednego, by już w następnym akapicie zachwycać się czymś innym. Bo on pięknie się zachwycał, pasjonował światem, cieszył życiem. Dzielił momentami pełnymi trosk, wirującymi marzeniami, pomiędzy wierszami skrywał pasję i wrażliwość. A poczucie humoru i ironia często zastępowały tęsknotę i melancholię.

Listy Morawskiego zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Dawno nie miałam do czynienia z tekstami pisanymi w ten sposób, z taką wyobraźnią i słowotwórstwem. On tą formą okazywał uczucia, ale też się bawił. Te wyznania czyta się niespiesznie, z zainteresowaniem, ale też uznaniem. A podczas lektury nasuwa się sporo pytań i jeszcze więcej refleksji.

Dlaczego zrezygnowaliśmy z pisania listów?

Dlaczego nie mówimy już do siebie tak czule?

Dlaczego przyjaźń i miłość schodzą na drugi plan?

„Mam piekielnie zdrowe serce. Chcesz je? Oddam CI całe bez reszty i nawet jeszcze niewybrakowane, tylko żeby oni potrafili wymienić”.

Kolekcja listów Morawskiego bardzo mnie rozczuliła, a jej lektura sprawiła mi wielką przyjemność. To jedna z tych pozycji, w których ciężko oceniać co ma większą wartość- treść, czy sposób jej przekazania.


Warto dodać, że książka została wydana przepięknie i z wielką starannością. Nie brakuje w niej zdjęć, oryginalnych fragmentów listów, skrawków zapisanych wierszami Poświatowskiej. Każda przytoczona w listach nazwa czy wspomniane nazwisko opatrzone zostało przypisami, dokładnie wyjaśnione. Dopełnienie stanowi piękna okładka, skrywająca magiczną zawartość.





Nigdy nie pomyślałabym, że taka publikacja może przypaść mi do gustu, ale nie mogło byś inaczej. Mocno wyróżnia się wśród wydawanych każdego dnia książek, skłania do refleksji, oddziałuje na czytelnika, a także pozwala nieco więcej dowiedzieć się o ludziach żyjących w innych, ale niemniej istotnych czasach i na te czasy rzuca nieco światła.   


„Zapamiętałem, że będę w podróży zielonych świateł, z Tobą w liściach jemioły, na wiotkich skrzydłach powracania, będzie zachwyt Twojego Potem, już niedługo”.

Za możliwość poznania tej publikacji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

wtorek, 21 listopada 2017

Kłamstwo ma krótkie nogi




Autor: Alice Feeney
Tytuł: Czasami kłamię
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 400
Gatunek: thriller 









W przypadku Amber granica między mówieniem prawdy, a posługiwaniem się kłamstwem dawno się zatarła. Wcześniej, w tym wymyślonym świecie, odnajdywała się jak ryba w wodzie. Aż do wypadku.


Uwielbiam opowieści skupiające się na kłamstwach, zarówno tych pozornie subtelnych i niewinnych, jak i mrocznych, głębokich, przerażających. Przekonałam się już, że to temat z potencjałem, a wokół sekretów i półprawd można zbudować trzymającą w napięciu, zaskakującą zwrotami akcji i dobijającą zakończeniem powieść. Kolejny raz utwierdziła mnie w tym przekonaniu Alice Feeney.





Amber to bohaterka posiadająca wiele sekretów i wiele twarzy, o czym przekonujemy się podczas lektury kolejnych rozdziałów. Stopniowo wyłania się z nich zupełnie inna postać, niż moglibyśmy się spodziewać. Dość długo trwa, zanim zaczyna odsłaniać przed nami karty, ale rozwiązanie pierwszej tajemnicy działa niczym efekt domina- kolejne sekrety pojawiają się szybciej i szybciej. A skala ich mroku zaskakuje.

Ona uwielbia kłamstewka. Większe i mniejsze. Dlatego tak trudno uwierzyć, że rzeczywiście nie pamięta, co się stało, skąd te siniaki. Feeney rozpoczęła swą powieść mocnym akcentem, intrygując, zatrzymując przy lekturze, a przede wszystkim sprawiając, że czytelnik wciąż się zastanawia, co się wydarzyło i… ile w tym prawdy. Niecierpliwie podążałam za Amber, zgadzając się na dawkowane informacje, choć przecież nieograniczone emocje. Próbowałam rozwikłać tę sprawę na własną rękę, z różnym skutkiem. Bo przecież nigdy nie miałam pewności, kiedy autorka zdecyduje się na kolejny zwrot akcji. Lub kiedy ona znowu skłamie.

Lekturę wzbogaca i urozmaica narracja prowadzona w sposób dość nietypowy. Feeney ustawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko, decydując się na intrygującą przeplatankę przeszłości i teraźniejszości, choć to Przed gra w tej historii pierwsze skrzypce. Uwielbiam odniesienia do przeszłości bohaterów. Możliwość poznania ich nieco lepiej, zrozumienia co doprowadziło ich do takiego momentu i do takich decyzji. Poświęcając tak wiele miejsca minionym latom autorka sprawia, że zaczynamy postrzegać pewne kwestie inaczej, spoglądamy na Amber w nowy sposób, a całość nabiera głębszego i bardziej psychologicznego wymiaru.

Choć początek zapowiadał się bardzo obiecująco, daleka byłam od określenia tej powieści bestsellerem. Czytało mi się bardzo dobrze, swobodnie i szybko, ale wciąż czekałam na przełom i efekt wow. Autorka skłoniła mnie do czekania długo, ale bez wątpienia było warto, bo druga część powieści okazała się o wiele bardziej mroczna, dynamiczna, ekscytująca, przepełniona tajemnicami i zwrotami akcji. Z dość subtelnej opowieści wyłania się w końcu historia mocna, pełna emocji, zmuszająca do myślenia, w której niespodzianki czekają na czytelnika na każdym kroku. Tak wyobrażałam sobie dobry thriller i taką powieść otrzymałam.

Faney pisze zajmująco, umiejętnie łącząc poszczególne wątki. Z wielką gracją porusza się między wyznaczonymi płaszczyznami czasowymi, zagłębia w umysł bohaterki, buduje napięcie. Ona dobrze wie, że jej historia jest dobra i potrafi świetnie ją sprzedać.

„Czasami kłamię” to książka, która zostaje z czytelnikiem na dłużej, utrzymując go w przekonaniu, że dreszczyku i napięcia nigdy dość. To powieść zmuszająca nas do sięgania wyżej i szukania głębiej. Błyskotliwa, czarująca, mroczna.  

Za przesłanie powieści do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B. 

niedziela, 19 listopada 2017

Siła natury




Autor: Charles Martin
Tytuł: Pomiędzy nami góry
Wydawnictwo: Edipresse
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 336
Gatunek: literatura współczesna







Wypadek awionetki okazuje się dla Bena i Ashley prawdziwym koszmarem. Zostają uwięzieni w niedostępnych górach. Bez jedzenia i leków są zdani tylko na siebie i łaskę natury.  

Powieść bardzo zyskuje na wartości za sprawą pierwszoosobowej narracji. Uwielbiam taki sposób przekazu i wielokrotnie przekonałam się, że dzięki niemu fabuła mocniej oddziałuje na wyobraźnię i emocje. Na każdym etapie tej mrocznej wyprawy Ben szczegółowo opowiada czytelnikowi co robi i co planuje, chętnie dzieli się swoimi uczuciami, odkryciami i wspomnieniami. Taka narracja sprawiła, że w ogóle nie mogłam się od tej powieści oderwać, bo autorowi znakomicie udało się połączyć świetny pomysł z mocnym, jeszcze lepszym wykonaniem. Choć historia ta wydaje się nieprawdopodobna, to autor nadał jej możliwie dużo realizmu, również za sprawą takiego sposobu jej opowiedzenia.

Wiele spodziewałam się po tej książce, licząc na mroczną podróż zarówno poprzez pokryte śniegiem szczyty, jak i zakamarki ludzkiego umysłu. Temat ten pozostawiał Martinowi szerokie pole manewru, pozwalając pokazać nie tylko głęboką wyobraźnię, ale także literacką dojrzałość i dużą wrażliwość. Na szczęście wszystkie te elementy, na które bardzo liczyłam, odnalazłam na stronach książki. Autor po krótkim wstępie, szybko przechodzi do rzeczy. Na okładce książki obiecano nam tragedię, i tę tragedię rzeczywiście dostajemy, w postaci jakże ujmującej mieszanki surowej natury, okrucieństwa losu, garści przypadków, zadziwiających zbiegów okoliczności i oczywiście ludzkiego cierpienia, bez którego w przypadku takiej książki nie moglibyśmy się obejść.

Rozpoczynając tę powieść, spodziewałam się akcji nastawionej na szereg zaskakujących przygód, bo właśnie z przygodą, niekoniecznie szczęśliwą, kojarzyła mi się akcja książki. I bez wątpienia przygód mi nie zabrakło. Bohaterzy skazani bowiem na łaskawość przyrody i uśmiech losu, w ciągu miesiąca przeżywają więcej, niż niektórzy z nas przez całe życie. Surowa natura nie zawiodła ani razu, oferując dzikie szczyty, nieposkromione zwierzęta, spadki temperatury i inne, niemniej ciekawe atrakcje. Miejscami akcja książki zwalniała, czasami tempo było bardziej zawrotne. Spokojne dni w opowieści Martina przeplatały się z tymi pełnymi emocji- żalu, złości, ale też nadziei. Ta mieszanka bardzo mi odpowiadała.

Bardzo podobał mi się książkowy klimat. Ta siła przyrody, jej nieokiełznanie, panujący chłód, niepewność jutra. Natura zgotowała bohaterom piekło i to piekło zostało na stronach powieści bardzo umiejętnie utrwalone. Choć czasami pewne rzeczy przychodziły im łatwiej, to jednak niezbyt łatwo. Choć miejscami wydawało się przesadnie ładnie, nie było. Walczyli przez kilkadziesiąt dni i ta walka mnie przekonała. Autor igrał z bohaterami, a gra ta została okupiona mnóstwem emocji. Emocji, które udzieliły mi się w trakcie czytania i sprawiły, że lektura wywołała we mnie wiele pozytywnych odczuć.


Martinowi udało się również wykreować sympatycznych, ludzkich bohaterów. Nie zabrakło im odwagi, charyzmy, poczucia humoru, wewnętrznej siły oraz inteligencji. Obawiałam się nieco, że trudne warunki i niespotykane okoliczności popchną ich w swoje ramiona, sprawiając, że akcja zacznie trącić banalnym romansem, ale i w tym miejscu autor mnie zaskoczył. Podoba mi się, w jaki sposób poprowadził akcję, kierując losem bohaterów w nieco inną stronę.



„Pomiędzy nami góry” to dopracowana i piękna historia. Trochę inna niż te, które każdego dnia pojawiają się na sklepowych półkach. Pełna przygód, zachęcająca do wyzwań, skłaniająca do refleksji. A i wzruszyć się można przy jej zakończeniu.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję agencji BookSenso.

wtorek, 14 listopada 2017

Detektyw Crosswhite znowu w akcji




Autor: Robert Dugoni
Tytuł: Jej ostatni oddech
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 432
Gatunek: thriller/ kryminał







Detektyw Tracy Crosswhite rozpoczyna kolejne skomplikowane dochodzenie. Ktoś brutalnie morduje młode kobiety, pozostawiając ich ciała w tanich motelach. Sprawę dodatkowo komplikuje podobieństwo do śledztwa sprzed lat, które zakończyło się w podejrzanych okolicznościach.


Dugoniego poznałam za sprawą jego poprzedniej książki- Grób mojej siostry- która rozpoczynała cykl z detektyw Tracy Crosswhite. Pierwszą część serii wspominam bardzo ciepło, dlatego z wielką ciekawością rozpoczynałam lekturę kolejnej powieści autora. Czy utrzymał akcję na wysokim poziomie? I czy tym razem Crosswhite również udowodniła, że zawód policjanta to praca nie tylko dla mężczyzn?




To, co najbardziej podobało mi się w „Jej ostatnim oddechu”, to drobiazgowe ukazanie policyjnego śledztwa. Dugoni na każdym kroku zdaje się podkreślać, że życie nie przypomina kryminalnych zagadek, praca policjanta to zawód niewdzięczny, a przestępcy bardzo często okazują się o wiele inteligentniejsi i pomysłowi, niż można by przypuszczać. Stworzone przez niego śledztwo jest żmudne, rozwija się powoli, zmusza detektywów do wielu poświęceń i maksymalnego zaangażowania. Dzięki temu akcja powieści nabiera większej wiarygodności i realizmu, sprawiając, że czytelnik odnosi wrażenie, jakby książkowe wydarzenia faktycznie mogły mieć miejsce.

W poprzedniej powieści poznałam detektyw Crosswhite jako kobietę silną, niezależną i zdeterminowaną do osiągnięcia celu. Nowa powieść jeszcze mocniej podkreśla te cechy, choć postać policjantki staje się bardziej wyrazista i charyzmatyczna. Śledztwo nabiera tempa powoli, nic nie zostaje jej podane na tacy, a każdy odkryty drobiazg to efekt jej ciężkiej pracy. To jedna z tych bohaterek, których nie sposób nie lubić. Każda czytelniczka odnajdzie w niej coś dla siebie. A postać tak interesującej i odważnej kobiety jest zawsze mile widziana.

Poprzednia powieść Dugoniego dała mi do myślenia i zaciekawiła mnie. To książka przemyślana, dopracowana i poprawna. Ale „Jej ostatni oddech” zrobił na mnie o wiele lepsze wrażenie. Autor stworzył dopracowaną fabułę, w której zadbał o każdy element. Zaoferował nam interesujące, wiarygodne śledztwo, poprowadzone przez detektywów z krwi i kości. Choć ciężko powiedzieć, by akcja rozgrywała się błyskawicznie, a Dugoni zaskakiwał nas na każdym kroku, to jednak fabuła intryguje i sprawia, że powieść czyta się szybko, przyjemnie i z dużym zainteresowaniem.

Mogłoby się wydawać, że akcja powieści przypomina wiele innych, które powstały wcześniej. I być może w argumencie tym znalazłoby się wiele prawdy, ale autor wprowadził do książki elementy, wynagradzające to czytelnikowi. Niewątpliwie należą do nich wątki związane z profilowaniem, badaniami na wykrywaczu kłamstw, motyw stalkingu i to, co spodobało mi się najbardziej, czyli próba wyjaśnienia, co doprowadziło mordercę do momentu, w którym się znalazł. Bardzo sobie cenię, kiedy autor pokusi się o takie psychologiczne sportretowanie sprawcy, kiedy wraca do jego przeszłości i pokazuje, w jaki sposób wpłynęła ona na podejmowane przez niego decyzje.

„Jej ostatni oddech” to połączenie elementów pozwalających określić tę powieść jako dobrą. Akcja została przemyślana i dopracowana, zadbano o każdy detal. Śledztwo policyjne przybliża nam trudy, z jakimi zmagają się funkcjonariusze. Postać mordercy potrafi zaskoczyć i skłonić do myślenia. A główna bohaterka wywołuje wiele pozytywnych emocji.   

Za przesłanie powieści do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros.



poniedziałek, 13 listopada 2017

Stosik na jesienne wieczory

Moje plany czytelnicze zapowiadają się dość mrocznie. Uwielbiam takie klimaty, szczególnie, kiedy dni stają się coraz krótsze ustępując długim wieczorom.



Znacie? Czytacie? Polecacie?

niedziela, 12 listopada 2017

Moc sekretów




Autorka: Tess Gerritsen
Tytuł: Sekret, którego nie zdradzę
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller/kryminał









Jane Rizzoli i Maura Isles odkrywają na miejscu zbrodni zaskakujący obraz. Ofiara trzyma w dłoni wyłupione jej przez sprawcę gałki oczne. Zaledwie kilka dni później kobietami wstrząsa kolejne niepokojące zabójstwo. Co łączy te dwa zdarzenia? Czy znajdą mordercę, zanim on dopadnie kolejną ofiarę?  

Choć zawsze powtarzałam, że bardzo chciałabym poznać twórczość Tess Gerritsen, nigdy nie było ku temu czasu i okazji, a może zwyczajnie w moje ręce trafiały inne tytuły. Aż do dnia, kiedy otrzymałam możliwość poznania jej najnowszej powieści. I zupełnie przepadłam.

„Sekret…” zaintrygował mnie od samego początku. Autorka rozpoczęła powieść mocnym akcentem i do samego końca utrzymała akcję książki na bardzo wysokim poziomie. Niecierpliwie podążałam śladem charyzmatycznych bohaterów, wraz z nimi próbując rozwikłać kolejne zagadki, co wcale nie było zadaniem prostym. Gerritsen w mistrzowski sposób łączy ze sobą bowiem elementy charakterystyczne dla najbardziej mrocznych gatunków- kryminału, thrillera, a nawet po części horroru. Takie zestawienie sprawia, że nie sposób się nudzić, a odłożenie powieści przychodzi czytelnikowi z wielkim trudem.

Widać, że autorka posiada duże doświadczenie w tworzeniu historii, co przekłada się z jednej strony na wypracowany, dojrzały i interesujący styl prowadzenia narracji, a z drugiej na umiejętność wykreowania intrygującej opowieści i wartych poznania postaci. Dzięki temu akcja książki przyciąga niczym magnes, zatrzymuje na dłużej, rozbudza ciekawość, zmusza do myślenia i skłania do refleksji. Co więcej, zaskakuje i to wielokrotnie. Czytałam szybko, niecierpliwie, z wielką pasją. By rzucić się w wir tajemnic. By poznać zakończenie. By uczestniczyć w naprawdę ciekawej sprawie.


Najnowsza powieść Gerritsen zaintrygowała mnie złożoną i dopracowaną fabułą. Akcja powieści zbudowana została na sekretach z przeszłości, a takie rozwiązania mają wielki potencjał. Bo tajemnice nie pozwalają o sobie zapomnieć, dręczą latami, wracają w najmniej odpowiednim momencie. Dokładnie tak, jak w tej powieści. Bardzo łatwo poczuć ten klimat mrocznych zagadek, przemilczanych zbrodni, atmosferę niepokoju, obecność zła. I to zła w najczystszej postaci.



Gerritsen ma bogatą fantazję, a zapraszanie czytelnika do świata zadziwiających wyobrażeń, przynosi jej wiele satysfakcji. Zbudowana przez nią historia jest ciekawa, zaskakująca, brutalna, a jednak na tyle wyważona, by ta brutalność nie raziła i nie zniechęcała bardziej wrażliwych czytelników. Uwielbiam takie klimaty narastającego napięcia, poczucie oddechu mordercy na karku, dziwne zbiegi okoliczności, mroczne sceny zbrodni. To dokładnie to, na co liczę sięgając po książki takie jak „Sekret, którego nie zdradzę”.

Jak już wspomniałam, na każdym kroku widać, że autorka nie jest debiutantką czy nowicjuszką. Jej sposób opowiadania historii zachęca, by w tej powieści się zatracić. Pisze świetnie, zajmująco, uderzając w czytelnika emocjami. Stajemy się świadkami zbrodni, poszukujemy winnych i pokrzywdzonych, uczestniczymy w sekcjach zwłok, wyjaśniamy zagadki z przeszłości. Jednym słowem, udajemy się w piękną literacką podróż. Choć bez wątpienia ucieszy ona przede wszystkim fanów mocnych, mrocznych klimatów.


Nieco się obawiałam spotkania z bohaterkami, które w powieściach Gerritsen pojawiły się wielokrotnie. Nic o nich nie wiedziałam i wydawało mi się, że może to stanowić pewną przeszkodę. I w tym miejscu ciężko mi się jednak przyczepić. Autorka pozwoliła mi nieco lepiej poznać te legendarne postacie, wyjawiło kilka szczegółów na temat ich prywatnego życia, odniosła się do przeszłości związanej z zawodowym doświadczeniem i ich wspólną pracą. Choć informacje te dawkowała i wyjawiała bardzo subtelnie, tyle mi wystarczyło.

Gerritsen stworzyła świetną, trzymającą w napięciu powieść. Choć podczas lektury wielu rzeczy się domyślamy i próbujemy na własną rękę wytypować mordercę, to jednak do samego końca ciężko nam dopasować wszystkie elementy tej układanki. Jesteśmy wodzeni za nos, autorka z nami igra, ale w zamian otrzymujemy rozrywkę na najwyższym poziomie.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Albatros.




czwartek, 9 listopada 2017

Kobieta jakich mało




Autor: Jean Sasson
Tytuł: Sekrety księżniczki
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 400
Gatunek: literatura faktu 







Z Jean Sasson i Sułtaną spotkałam się już kilkakrotnie. Za każdym razem spotkania te były niezwykle udane- bardzo emocjonalne, pogłębiające wiedzę, oddziałujące na wyobraźnię. Interesuję się tematem życia kobiet na Bliskim Wschodzie, a książki Jean Sasson są prawdziwą skarbnicą wiedzy na ten temat. Dlatego też, kiedy tylko ujrzałam tę powieść w zapowiedziach, wiedziałam, że koniecznie muszę ją mieć.

Księżniczka Sułtana stanowi niebywały wyjątek na tle innych kobiet żyjących w kulturze muzułmańskiej. Przede wszystkim nie jest tak mocno ograniczona, jak większość z nich. Status majątkowy oraz tolerancyjny mąż pozwalają jej wieść życie o wiele łatwiejsze. Nie musi na każdym kroku obawiać się o swoje życie, nie ma też konieczności by z wielką dbałością przykładała się do szczegółów. Może dlatego tak wielkie wrażenie wywarł na mnie fakt, że w miarę swoich możliwości próbuje pomóc, a także przybliżyć innym złą sytuację kobiet na Bliskim Wschodzie.

Jean Sasson i księżniczka Sułtana obnażają sekrety muzułmańskiego świata. Szczerze i bezkompromisowo opowiadają o krzywdach, każdego dnia spotykających jego przedstawicielki. Potwierdzają nasze najgorsze przeczucia, przytaczając najmroczniejsze koszmary. Ciężko uwierzyć, że takie rzeczy faktycznie mają miejsce w XXI wieku, że mężczyźni mogą w taki sposób traktować swoje córki i małżonki oraz na własną rękę wymierzać sprawiedliwość. Oblewanie kwasem, podpalanie, pobicia- to jedynie część „atrakcji”, których spodziewać się mogą kobiety.

Zagłębiając się w tę książkę stajemy się świadkami nieludzkiego w naszych wyobrażeniach postępowania. Kolejny raz przekonujemy się, że Bliski Wschód ma swoją definicją prawości i sprawiedliwości, które dla nas są delikatnie mówiąc dziwne i przewrotne. To świat, w którym żądzą mężczyźni i tylko oni mają głos. Refleksje i przemyślenia księżniczki utwierdzają w przekonaniu, że to miejsce, wywołujące ciarki na plecach, ale także pozwalające docenić nam to, co mamy.


Mimo że z podobnymi historiami spotykałam się już wcześniej, nie mogłam się otrząsnąć i pogodzić z faktami. Bo jak można? Nie wyobrażam sobie, co muszą przeżywać tamtejsze kobiety. I dlaczego. Albo raczej w imię czego. Gniew, rozczarowanie, smutek- to tylko część emocji, które odczuwałam w trakcie czytania oraz po zakończeniu lektury. To jedna z tych książek, które przytłaczają swoim ciężarem, ale człowiek ani przez chwilę nie żałuje, że po nie sięgnął.



Mimo trudnego tematu książkę czyta się możliwie lekko i przyjemnie. Autorka wielokrotnie nas zaskakuje wyjawiając kolejne tajemnice i przytaczając kolejne historie. Z jednej strony chcielibyśmy dotrzeć jak najszybciej do końca, zamknąć książkę i zapomnieć. Z drugiej- jesteśmy zwyczajnie, po ludzku ciekawi. To głęboka, poruszająca lektura, którą każdy obowiązkowo powinien poznać.

wtorek, 7 listopada 2017

Wystarczy chcieć




Autor: Maria Toorpakai
Tytuł: Pakistańska córka
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 352
Gatunek: biografia







Nigdy nie lubiła nosić sukienek, a długie włosy obcięła byle jak, jeszcze jako mała dziewczynka. Chętnie poznawała okolicę podczas rowerowych wycieczek, biła się z chłopcami i wyciskała ciężary. Nie była pewna, co powinna zrobić ze swoim życiem, dopóki w jej ręce nie trafiła rakieta do squash’a. Wtedy wszystko się zmieniło.  

Literatura faktu to jeden z gatunków, po które sięgam najchętniej. Szczególnie, gdy dotyczy historii inspirujących, pozwalających spojrzeć inaczej na pewne sprawy  poszerzyć wiedzę. W „Pakistańskiej córce” doszukałam się możliwości poznania nieco lepiej realiów panujących w Pakistanie i życia kobiet w tamtym miejscu. Funkcjonowanie kobiet w innych kulturach to temat, który nigdy mi nie spowszednieje.

Historię Marii od początku czytałam z wielką ciekawością i olbrzymim zapałem. Autorka pisze niezwykle ciekawie, bardzo szczerze, dokładnie opisując wydarzenia ze swojego życia od momentu, kiedy była małym dzieckiem do dziś. Życie kobiet na wschodzie i wiążące się z nim trudności dla nikogo z nas nie stanowią tajemnicy, co nie znaczy, że opowieść Toorpakai nie zrobiła na mnie wrażenia. Przede wszystkim za sprawą brutalnych szczegółów składających się na tę piękną historię.

Powieść czytałam szybko, nieustannie popędzając się w drodze do zakończenia. Chciałam tu i teraz, jak najszybciej poznać wszystkie wydarzenia z życia kobiety i okoliczności, w których podjęła takie, a nie inne, decyzje. Maria pisze w sposób zajmujący i ciekawy, a fakt, że jej dzieciństwo było tak zaskakujące, sprawia, że historię poznawałam z rumieńcami na twarzy.

Urodziła się dziewczynką, ale żyła jak chłopiec.

Rodzice nigdy nie mieli nic przeciwko, by nosiła ubrania po starszych braciach i nazywała się Dżyngisem.

Wielokrotnie biła się z chłopcami, każdego z nich rozkładając na łopatki.

To tylko kilka ciekawostek z życia tej inspirującej kobiety. I nie boję się tego powiedzieć. Bardzo dawno nie poczułam takich emocji podczas lektury. Bardzo dawno nie poczułam się w ten sposób zafascynowana czyjąś osobą. Maria to kobieta silna, pełna pasji, kochająca życie, zdeterminowana w dążeniu do celu. Niezwykła, mądra, niezastąpiona. Szalenie ją polubiłam, a podejmowane przez nią decyzje zrobiły na mnie duże wrażenie. Gdybym miała taką możliwość, z przyjemnością bym się z nią spotkała.

Ta powieść ma wiele zalet. Z jednej strony umożliwia nam lepsze poznanie kultury i obyczajowości Pakistanu, zwraca naszą uwagę na różnicę w funkcjonowaniu mężczyzn i kobiet, ukazuje problem religijnego fanatyzmu i konieczności życia w miejscu, gdzie bomba może wybuchnąć w każdej chwili. Z drugiej zaś opowieść Marii napełnia czytelnika motywacją i nadzieją, skłaniając do walki o marzenia i życia pełną piersią, lepiej niż najciekawszy poradnik.

Bardzo się cieszę, że poświęciłam czas „Pakistańskiej córce”, jej lektura przyniosła mi wiele emocji i dużą dawkę satysfakcji. Uważam, że powinna to być pozycja obowiązkowa dla każdej czytelniczki.  

Recenzja powstała we współpracy z portalem czytampierwszy.pl.

niedziela, 5 listopada 2017

Victoria Redel "Przed wszystkim" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Victoria Redel
Tytuł: Przed wszystkim
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 336
Gatunek: literatura współczesna 







Stare Znajome przyjaźnią się od dziecka. Przez wiele lat razem znosiły trudy życia, poznawały uroki miłości, doczekały się gromadki potomstwa. Zawsze razem, niezależnie od czyhających przeszkód i kłód rzucanych im pod nogi przez los. Jednak czas jednej z nich się kończy. Anna umiera na raka.

Powieści dotyczące chorób i dolegliwości czyta się ciężko, bo niełatwo zmierzyć się z taką tematyką, jednak ja sięgam po nie wyjątkowo chętnie. W moim odczuciu z niezwykłą wnikliwością ukazują charakter człowieka i ogrom towarzyszących mu w takiej sytuacji emocji. Kolejny raz miałam okazję przekonać się o tym podczas lektury „Przed wszystkim”.

Nie potrafię wyobrazić sobie, że ktoś z moich bliskich czy przyjaciół umiera na raka. Zmaga się z chorobą raz, drugi, trzeci… I nie zdaje sobie sprawy, jak potoczy się jego życie, nie ma pewności czy wygra i zdoła pokonać chorobę. Bez wątpienia to sytuacja trudna, męcząca, niesprawiedliwa- zarówno dla chorującego, jak i jego bliskich. Podejmując się tego tematu, Redel ustawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko, ale poradziła sobie z nim zaskakująco dobrze, z jednej strony podkreślając, że choroba nie wybiera, a jej cień może paść na każdego, niezależnie od okoliczności. Z drugiej zaś ukazując, że do tego piekła chory zabiera ze sobą najbliższych, sprawiając, że ich życie już nigdy nie będzie takie samo.

To nie jest jedna z tych powieści, z których podążamy za autorem z wielką niecierpliwością. Akcja nie gna na złamanie karku, ciężko doszukać się tutaj zwrotów w fabule, a zakończenie nie zaskakuje. Ale to powieść o umieraniu, spokojna, melancholijna, a przy tym bardzo dojrzała. Redel kolejnymi stronami prowadzi nas do smutnego rozwiązania, oferując po drodze ogrom emocji i wielką dawkę refleksji oraz sprawiając, że angażujemy się w ten proces i zaczynamy darzyć bohaterów bardzo żywymi uczuciami.

„Przed wszystkim” to dopracowany portret kobiet połączonych głęboką przyjaźnią. Związanych ze sobą na dobre i na złe, węzłem, który w ich przypadku wielokrotnie okazał się silniejszy od tego małżeńskiego. Bohaterki powieści są niezwykle różnorodne, ciężko doszukiwać się wśród nich podobieństw, natomiast różnice wydają się piętrzyć z każdym kolejnym rozdziałem. Tym bardziej przyjaźń ta może zaskakiwać. Ale też wywołuje wiele ciepłych uczuć, nastraja nadzieją, sprawia, że w oku zakręci się łezka. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy nie poznałam tak pięknej historii przyjaźni, że jeszcze żaden autor nie wydobył z tej relacji tak wiele.

Sposób prowadzenia narracji dosyć mnie zaskoczył. Redel dzieli swą opowieść na teraz i wcześniej, ale fragmenty dotyczące przeszłości i teraźniejszości zostały ze sobą połączone w nietypowy sposób. Autorka nie korzysta z przedstawiania akcji naprzemiennie, nie próbuje zachować między tymi płaszczyznami czasowymi równowagi. Czasami na dłużej skupiamy się na tu i teraz, głębiej wnikając w umieranie Anny, czasami natomiast przenosimy się do jej młodości, poznajemy wydarzenia z życia jej przyjaciółek, dla których zawsze była ostoją. Tę powieść zbudowano z zaskakujących kawałków, fragmentów życia połączonych w dziwny, nieco chaotyczny sposób. Kiedy jednak docieramy do końca, nie czujemy, by coś było niejasne, nie mamy żadnych pytań i żadnych wątpliwości.

Styl Redel jest spokojny, wyważony, dojrzały i lekki w odbiorze, o ile lekkim można nazwać pisanie o śmierci. Choć powieść czytało mi się bardzo dobrze, jej lektura zajęła mi więcej czasu, niż mogłabym się spodziewać. Bo to książka, którą poznajemy powoli, mocno się w nią angażując i odwlekając w czasie to, co nieuniknione. Choć temat śmierci, w większym lub mniejszym stopniu, towarzyszy nam każdego dnia, staramy się nie poświęcać mu więcej uwagi, niż to absolutnie koniecznie. A podczas lektury nie można sobie na to pozwolić. Towarzyszyło mi wiele refleksji, myśli bardzo smutnych, ale w pewien sposób pozwalających się z tym tematem oswoić.

„Przed wszystkim” to powieść ważna i potrzebna. Niełatwa i niewesoła, ale opowiadająca o tym, co w życiu naprawdę istotne.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.